JEDZ I BIEGAJ!

Dawno nie czytałem żadnej książki. Chyba ostatni raz od początku do końca przeczytałem Ismaela Daniela  Quinna, było to jednak kilka lat temu. Nie oznacza to, że nie czytałem nic w przeciągu tego czasu, ale nigdy nie wpadło mi w ręce coś, co pochłonąłbym za jednym kęsem. Mniej więcej tak, jak pochłania się kanapkę z humusem własnej roboty albo z avocado i wędzonym tofu. W przypadku tej książki wiedziałem, że połknę ją w szybkim tempie, równie szybkim jak bohater tej książki pokonuje ultramaratony. Oczywiście mowa o „Jedz i Biegaj”.  Książce o niezwykłym człowieku, ultramaratończyku, niezwykle inspirującym biegaczu  – Skocie Jurku.

Pierwsze słowa jakie przyszły mi na myśl, gdy przeczytałem ostatnią stronę brzmiały mniej więcej tak: „Ten gość jest pieprzonym terminatorem”. Trzeba mieć naprawdę „jaja”, żeby w ciągu 24 godzin przebiec ponad 260 kilometrów, bez przystanku na drzemkę, jacuzzi, czy inny relaks. Prawdopodobnie wielu ludzi na tym świecie w całym swoim życiu nie przejdzie tylu kilometrów, co Scott Jurek przebiegł w zaledwie kilku swoich ultramaratonach. Niesamowita postać, niesamowita książka. Czytając ją masz ochotę zrobić sobie do jedzenia coś, co poleca autor, albo po prostu wyjść pobiegać. Ta książka się nie nudzi, i wcale nie trzeba być fanem biegania, by połknąć ją równie szybko, jak ja to zrobiłem. To jest po prostu świetna historia super człowieka, opowiedziana w bardzo interesujący sposób.

Jest tu kilka naprawdę świetnych momentów, które skłaniają do refleksji. Choćby ten cytat:

„Każdy z nas czasem przegrywa. Nie udaje nam się zdobyć, czego pragniemy. Przyjaciele i osoby. Które kochamy, odchodzą. Podejmujemy decyzje, których później żałujemy. Staramy się ze wszystkich sił, ale rezultat jest opłakany. To nie przegrana definiuje nas jako ludzi, lecz to, jak przegrywamy, i to, co potem robimy.”

„Zacząłem biegać z powodów, które dopiero teraz do mnie docierały. Jako dziecko dla zabawy biegałem po lasach i wokół domu. Jako nastolatek biegałem po to, żeby być w dobrej formie. Później biegałem, by odnaleźć spokój. Nie przestałem tego robić, ponieważ przekonałem się, że kiedy już zacznie się cos robić, nie należy z tego rezygnować – w życiu, jak w ultramaratonie, należy przeć do przodu.”

Wiem, że nigdy nie będę taki jak on, nie dam rady przebiec ćwierć dystansu jego najdłuższego biegu, choć z drugiej strony kto wie? Ja na pewno jeszcze nie raz wrócę do lektury, właśnie po to, aby zdobyć motywację do dalszego biegania. Przyznam się w takim małym sekrecie, że kiedy dziś rano biegłem  krótki odcinek na dystansie 8km, miałem chwilę słabości przy 7km, pomyślałem sobie wtedy, że przecież Scott biega po 160km i może, więc dlaczego ja mam nie przebiec jakiś marnych 8. Wziąłem głęboki oddech i ruszyłem do przodu.

Nie musisz być biegaczem, żeby przeczytać tę książkę, nie musisz być weganinem, żeby zrobić sobie tortille z humusem i oliwkami. Jedz i biegaj – po przeczytaniu tej książki na pewno te dwa słowa nabiorą dla Ciebie większego znaczenia.

Grójecki Bieg Uliczny 22.IX.2012

Poszedłem na ten bieg trochę zawiedziony, bo mój największy kibic wymyślił sobie leżakowanie, a co za tym idzie, mój drugi największy kibic musiał zostać z tym pierwszym. Zbliżam się do miejsca zbiórki i już widzę samych „profesjonalistów”. Drogie buty, drogi dres, wszystko drogie. Rozgrzewają się, rozciągają, robią groźne miny, sprawdzają swoje drogie zegarki i inne nawigatory. A ja idę, taki wystraszony ale nie zdołowany. Kurczę, przecież już trochę biegałem, może nie w zawodach, może z nikim nie rywalizując, ale biegałem. Poza tym, nie przyszedłem tu dla nich, tylko dla siebie no i moich największych kibiców, którzy musieli zaliczyć poobiednią drzemkę. Nie powiem, ja też zrobiłem rozgrzewkę taką jak robię zawsze, bez zbędnych wygibasów i tricków podpatrzonych na You Tube. Oni nadal się prężą i wprowadzają mnie w stan zakłopotania. Myślę sobie – co ja tu robię, będę ostatni, no przy dobrych wiatrach przedostatni lub w końcówce peletonu. Pada komunikat, aby zawodnicy przeszli na start. Idziemy. Zawodnicy pytają się na jaki czas będą biec, czy będą robić właśnie dziś swoje „życiówki”, czy się długo przygotowywali itd. Ja idę, w słuchawkach krzyczy do mnie Scott Vogel – „Only death can stop me now!”,  dlatego też przestaję się przejmować gadaniem innych. Pada kolejny komunikat, kto biega szybko, niech staje z przodu, kto wolniej ten obstawia tyły. No to przejęty tymi wskazówkami staję gdzieś pod końcem stawki. Jeszcze kilka nerwowych ruchów i zaczyna się. Padła komenda „start”. Poszli, a raczej potruchtali. Okazuje się, że muszę się przeciskać pomiędzy tymi, którzy przed chwilą gadali o „zyciówkach”, wynikach itd. Mijam kolejne drogie buty, mijam kolejne drogie dresy i cisnę do przodu. Pierwsze kółko robię w bardzo dobrym tempie, kolejni „drodzy” biegacze zostają w tyle. Zachęcony tym faktem biegnę trochę szybciej, ale po chwili zwalniam nieco, bo przecież przede mną jeszcze kilka kilometrów. Biegnę cały czas do przodu. Vogel krzyczy coś o tym „ żeby zachować wiarę”, wiec go słucham, wierzę w siebie i biegnę dalej. Uśmiecham się do moich kibiców, po czym zagryzam zęby i do przodu. Kolejny biegacz w koszulce jakiegoś klubu sportowego zostaje za mną, jeszcze inny wypada z trasy, doganiam kogoś, kto jest jedno okrążenie do tyłu. To dodaje mi skrzydeł. Nie myślę o tym, że jestem zmęczony, że coś mnie tam boli. Myślę o tym, czy mój największy kibic już się wyspał, czy będzie kiedyś ze mnie dumny, czy może pójdzie w moje ślady i też będzie biegał, albo wybierze inną dyscyplinę sportową. Biegnę i rozmyślam, drogie buty zostały w tyle, więc mogę się skupić na fajniejszych sprawach. I w takim zamyśleniu przekraczam linię mety. Dostaję od razu medal i zbieram gratulacje od rodziny. Uczucie niesamowite. Zrobiłem to w 43 minuty i 18 sekund. Wiem, że to tylko bieg na 10km, ale od czegoś trzeba zacząć. Jeszcze ponad rok temu dystans 10km to była nierealna odległość do przespacerowania, a co dopiero do przebiegnięcia. Dziś nierealne stało się realne. Zająłem 22 miejsce na ponad 120 startujących biegaczy. Warto wyznaczać sobie jakieś cele i warto małymi krokami je realizować. Zakładam jeszcze na chwilę słuchawki, a tu Scott znów do mnie krzyczy „They’re gonna try to kick you around, You better fight for your fucking life!” Czyż to nie piękne? Hardcore i bieganie. Dla mnie to obecnie dwie najważniejsze sprawy, oczywiście poza kibicami, którzy jeszcze kończą drzemkę.

Elo!

Ta strona to nic więcej, jak tylko zajawka. Zajawka tym, co aktualnie uwielbiam robić. A co lubię robić? Przede wszystkim biegać i słuchać dobrej muzyki. Mam nadzieję, że ten blog będzie właśnie o tym. Dodatkowo lubię dobrze zjeść. Dobrze oznacza tyle, że bez mięsa i krwi na talerzu. Tak, tak – można być wegetarianinem i biegać. Jedno nie wyklucza drugiego, wręcz przeciwnie jedno drugiemu bardzo sprzyja.

Tak więc jeśli podoba Ci się hasło – jedz, biegaj i słuchaj dobrej muzyki, to zagladaj tu często, będę sie starał dzielic tym, co mnie aktualnie kręci. Nie będę pisał co mnie smuci, bo na takie rzeczy nie mam po prostu czasu!