Biegnij Warszawo 2012

Kiedy zobaczyłem reklamę biegu „Biegnij Warszawo”, a przede wszystkim dystans na jakim ów bieg jest rozgrywany, wiedziałem, że wezmę w nim udział. Czułem się na siłach i wiedziałem, że ten dystans mogę już pokonać, rywalizując z innymi zawodnikami, a nie tylko sam ze sobą na stadionowej bieżni. Nie przygotowywałem się jakoś specjalnie, nie robiłem konkretnych planów, nie liczyłem kalorii w posiłkach, nie przygotowywałem jakiś wymyślnych potraw, dzięki którym mógłbym osiągnąć coś więcej. Po prostu przed biegiem biegałem regularnie, a dodatkowo robiłem biegi interwałowe. Ale tak jak wspomniałem, bez żadnego konkretnego planu. Pierwszym sprawdzianem był uliczny bieg w Grójcu. Po tym jak uzyskałem dobry czas i zająłem całkiem dobre miejsce, poczułem się nieco dowartościowany, ale gdy zobaczyłem informację, że w „Biegnij Warszawo” będzie brało udział 12 tysięcy osób, trochę przysiadłem ze zdumienia. Oto bowiem na linii startu stanie niezły tłum i trudniej będzie pokonać 11 999 biegaczy, teoretycznie lepszych ode mnie. Tak, każdy przecież mógł być lepszy. No ale z drugiej strony nie poddawałem się. Przed grójeckim biegiem też miałem obawy, a przecież skończyło się całkiem dobrze, więc i tu miałem nadzieję, że nie będę ostatni.

Całą sobotę jadłem i piłem, w niedzielę rano tylko naleśniki z dżemem śliwkowym własnej roboty i ruszyliśmy. Tym razem mój starszy kibic pojechał ze mną, a młodszy pozostał w domu pod czujnym okiem babci. Już w okolicach Torwaru wiadomo było co się święci. Mnóstwo samochodów zaparkowanych w takich miejscach, że gdyby to miało miejsce w normalny dzień, to w Straży Miejskiej zacierali by ręce i już liczyli premie od wystawionych mandatów. Po zaparkowaniu i szybkiej przebiórce w strój startowy, ruszyliśmy w stronę linii startu, gdzie czekał na nas Piotr –  kolega, który tydzień wcześniej ukończył maraton z wynikiem 3:41 i jest dla mnie inspiracją do tego, aby dalej biegać i się rozwijać. Tłum powoli stawał się coraz większy, więc zostawiłem moich kibiców i ruszyłem w to wielkie zgromadzenie. Nauczony doświadczeniem z poprzedniego biegu, wiedziałem, że muszę się znaleźć blisko linii startu. Dotarłem do wielkiego telebimu i na nim zobaczyłem 12 tysięcy ludzi stojących w oczekiwaniu na komendę start. Jeszcze tylko meksykańska fala, która uświadomiła mi ilość biegaczy i padło to magiczne słowo „Start”.

Ruszyłem jak wystrzelony z procy, przedzierałem się do przodu, wymijałem kolejnych zawodników aż wreszcie znalazłem trochę wolnej przestrzeni. Złapałem rytm i gnałem przed siebie. Pierwsze trzy kilometry minęły bardzo szybko, czwarty w sumie też. Na piątym pojawiła się górka i dosyć stromy podbieg, który niczym pijawka wysysał ze mnie energię. Skróciłem nieco krok, aby nie stawiać długich susów i nie męczyć się aż tak szybko. Nie patrzyłem do góry, patrzyłem pod nogi, aby zminimalizować poczucie „wspinania” się na tę górkę. Podbieg zaliczyłem, ale kosztowało mnie to utratę sporej ilości sił, które również zgubiłem na wcześniejszych kilometrach. Łyk zimnej wody, głęboki oddech i ruszyłem dalej. Ale każdy kolejny krok stawał się coraz trudniejszy, jednak gdy usłyszałem głos w słuchawkach, że w sumie zmniejszyłem tempo tylko o 3 sekundy, stwierdziłem, że nie jest źle. Chwilę później jakaś babcia stała ze swoim wnuczkiem tuż przy trasie i namawiała swoją pociechę, aby ta przybiła ze mną piątkę. Taki drobny gest, a przyniósł mi sporo radochy i przestałem myśleć o zmęczeniu, a zacząłem myśleć kiedy mój syn będzie mi kibicował i będę mógł z nim na trasie przybić piątkę. Kolejne metry mijały dosyć szybko a od ósmego kilometra to już nawet całkiem szybko, ponieważ pojawił się zbieg. Jednak to zbieganie wcale nie ułatwia sprawy – człowiek przy tym też się męczy. No ale gdy zobaczyłem oznaczenie 9 kilometra znów wróciło zmęczenie, a bardziej myślenie o nim. A gdy zobaczyłem linię mety, myślenie o zmęczeniu spotęgowało się.  Jednak głos w słuchawce podpowiadał, że utrzymuje tempo w normie, wiec walczyłem, aby dobiec  z nim do końca. Nie powiem kilka razy przeleciała mi po głowie myśl, że się zatrzymam, ale z drugiej strony coś mi podpowiadało, że przecież przebiegłem ponad 9 kilometrów i co – to wszystko miało by iść na marne? Walczyłem o każdy kolejny krok. Tak jak by jedna strona mojego mózgu chciała się poddać, a druga mówiła „no fuckin’ way!” Na szczęście ta druga wygrała i przekroczyłem linię mety z czasem 41:56. O minutę i 22 sekundy lepszym, niż dwa tygodnie temu. Na mecie moi kibice powiedzieli, że nie było zbyt wielu zawodników, którzy ukończyli bieg przede mną, więc była szansa na zajęcie dobrego miejsca. Zakładałem sobie, że chciałbym się znaleźć gdzieś w połowie stawki, najlepiej gdzieś między 4000 a 5000 miejscem. Ostatecznie uplasowałem się na 279 pozycji, a w klasyfikacji mężczyzn 263. Nie muszę wam pisać, jak ten wynik mnie wzmocnił i podbudował.

Wiem, że warto mieć plany, wiem, że warto je realizować, bo to, co otrzymałem na linii mety, było cenniejsze, niż wiele rzeczy, które pozornie dostarczają nam radość.

Kolejne zawody, to pewnie jakiś półmaraton na wiosnę, ale postaram się, aby do tego czasu blog nie zarósł wirtualną pajęczyną, albo żeby nie zalęgły się tutaj cybermole. Kolejny wpis już niebawem, bo szykuje się pewne wydarzenie, którego pewnie długo nie zapomnę:)

Biegnij Warszawo

foto. Ewa Bąkowska

Reklamy