Słowo na niedzielę.

Dokładnie dwa lata temu wyszedłem pierwszy raz pobiegać. Pamiętam, że śniegu co prawda już nie było, ale aura była dosyć mocno wietrzna. Pamiętam, że założyłem jakieś pierwsze lepsze sportowe buty, oczywiście nie służące do biegania, jakąś wiatrówkę, w której chodziłem na co dzień, ale wydawała mi się wtedy idealną ochroną przed wiatrem i poszedłem na pobliski stadion. Zrobiłem trzy okrążenia i padłem, może nie dosłownie, ale nie mogłem złapać oddechu i gdy wróciłem do domu, czułem się mniej więcej tak, jak górnik po szychcie.

Powodem tego mojego wyjścia była chęć zrzucenia kilku kilogramów i ogólny głód ruszania się, zasmakowania jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Nie było łatwo, bo po kilku tygodniach pojawiły się kontuzje i ból tym spowodowany nie nastrajał mnie pozytywnie i nie rysował w kolorowych barwach mojego biegania w przyszłości. Ale nawet to nie złamało mojego postanowienia, kontuzje wyleczyłem, ból ustąpił i znów mogłem ćwiczyć. Każdy kolejny przebiegnięty kilometr sprawiał mi coraz to większą radość, ale też motywował do przebiegnięcia kolejnych i kolejnych.

Dziś kiedy zrzuciłem już wagowy nadbagaż i gdy samo biegowe poruszanie nie sprawia mi takich problemów jak kiedyś, bieganie ciągle mnie cieszy, i co najważniejsze nie znudziło mi się, a wręcz przeciwnie, czasem czuję po prostu biegowy głód. Wczoraj pierwszy raz przebiegłem 30km. Dziś myślałem, że nie dam rady wyjść na trening, bo będę za bardzo zmęczony i ogólnie po co biegać, kiedy mamy Święta. No ale skoro jestem uzależniony od tego biegania i ciągle sprawia mi ono frajdę, a do tego mam jasno określony cel, to nie przeszkadza mi zmęczenie, padający ostatniego dnia marca śnieg, czy fakt, że gdy ja wychodzę biegać, ludzie wracają z rezurekcji.

Po co piszę ten post? A no po to, aby wam uświadomić, że na jakąkolwiek formę aktywnego spędzania czasu nigdy nie jest za późno. Nie od razu będziecie się ruszać tak szybko, jak inni, którzy biegają, czy ćwiczą coś od lat, ale nie o to w tym chodzi, żeby być najszybszym, czy najlepszym. Chodzi o to, aby ta aktywność sprawiała radość. Dlatego zanim usiądziecie do świątecznego stołu pomyślcie o tym i we wtorek ruszcie się, żeby spalić te nadkalorie, których wam z pewnością przez te dwa dni przybędzie. Ja wczorajszym i dzisiejszym treningiem zrobiłem na nie miejsce, co nie zmienia faktu, że po świętach również ochoczo pobiegnę na trening.

Przy okazji chciałbym się też pochwalić, że w tym miesiącu nabiegałem rekordową liczbę 356 kilometrów. Zastanawiam się tylko, skoro zaczynając swoją lekkoatletyczna przygodę przebiegłem w miesiącu może 30km, a po dwóch latach przebiegłem ich ponad 350, to co będzie za kolejne dwa lata? Pożyjemy, zobaczymy. A tymczasem, życzę smacznego i pomimo zimowej pogody – Wesołych Świąt!

km

Trzysta kilometrów.

300 kilometrów to dużo, czy mało? Zależy, jak do tego podejść. Samochodem robisz taki dystans w kilka godzin, przy sprzyjających warunkach i dobrej drodze, to bez problemu pokonasz taką trasę poniżej trzech godzin. Ale co, jeśli nie masz samochodu i ten dystans pokonujesz na własnych nogach i to w dodatku bez żadnego przymusu – tak po prostu, tak na własne życzenie.

Niedawno byłem na spotkaniu z Darkiem Strychalskim i on taki dystans pokonuje w jeden tydzień. Spieszę z informacją, że Darek, to jeden z lepszych polskich ultra maratończyków. W 2009 roku brał udział w legendarnym już Spartathlonie (bieg z Aten do Sparty – około 250km) i nie było by w tym nic dziwnego, bo to „normalny” dystans, jak na biegi ultra, gdyby nie to, że Darek z Polski do Aten pobiegł na własnych nogach. Na miejscu odpoczął kilka dni i wziął udział w wyścigu, kończąc go na bardzo dobrej pozycji. W ubiegłym roku brał udział w kolejnym znanym w światku ultrasów biegu – Badwater. Tu pokonał Darka prawdopodobnie udar. Pomimo tego, ten facet zasługuje na totalny szacunek, bo wszystko to, co do tej pory osiągnął w bieganiu, zrobił jako osoba niepełnosprawna. Poniżej załączam świetny film, w którym dowiecie się więcej o nim.

Dlaczego wspominam tu o tym biegaczu? Po pierwsze dlatego, że jest idealnym wzorem do naśladowania, a po drugie, to ta magiczna liczba 300km, które Darek pokonuje w tydzień przygotowując się do ultra maratonów. Mi co prawda nie udaje się biegać w tygodniu tyle co on, ale po raz pierwszy udało mi się przebiec ponad 300 kilometrów w miesiącu. To niesamowite, bo dokładnie dwa lata temu byłem w stanie przebiec nieco ponad kilometr na jednym treningu, a w miesiącu robiłem pewnie jakieś 30-40 kilometrów. Dziś spokojnie mogę biegać znacznie więcej.

Pomimo tego, że zrobiłem totalny progres w bieganiu, to historie takie jak ta Darka utwierdzają mnie w przekonaniu, że jeszcze wiele przede mną.

8 Półmaraton Warszawski 2013

535815_10151311182501167_1180939868_n

Mróz zmalał, emocje opadły, więc przydałoby się napisać co nieco o moim starcie w Półmaratonie Warszawskim. Otóż jakiś czas temu przyjąłem sobie za cel przygotowanie się do tego wyścigu, ale po drodze pojawił się kolejny szalony pomysł, aby pod koniec kwietnia wystartować w Cracovia Maraton. Tak więc, trening do półmaratonu stał się częścią czegoś poważniejszego – czyli przygotowań do startu na dłuższym dystansie.

Nie powiem, ciężko było się przestawić z tych nieregularnych biegów na z góry zaplanowany grafik. No ale jak głosi stare polskie przysłowie – „bez pracy nie ma kołaczy”. Wziąłem się ostro do pracy i realizowałem kolejne punkty w moim planie treningowym. Nie straszna była mi zima, która ciągle towarzyszy mi podczas codziennych treningów, nie straszne mi było to, co tej zimie towarzyszy, czyli mróz, śnieg i wiatr. Nic przyjemnego, biegać w takich warunkach, prawda? Może tak, może nie – cel się liczy! Taki już ze mnie uparty drań, że jak sobie coś postanowię, to za wszelką cenę staram się to zrealizować. Poza tym, to umówmy się, że nie ma złej pogody do biegania, jest tylko źle dobrane ubranie.

Biegałem zatem kolejne kilometry, nie patrząc zbytnio na aurę, robiłem kolejne podbiegi, przebieżki, interwały, czy długie niedzielne wybiegania z kolegami z osiedla. Robiłem wszystko, aby wypaść dobrze na tym półmaratonie. Nie miałem jakiegoś parcia na konkretny czas, bo nie wiedziałem jak wygląda taki bieg. Tym bardziej, że w dniu startu pogoda znów dała o sobie znać. Myślałem, że to będzie już wiosna, z dodatnią temperaturą, pięknym słońcem i rozwijającymi się zielonymi liśćmi na drzewach, a tu lipa! O poranku -11 stopni, w drodze do Warszawy opady śniegu, to nie były podwaliny pod dobry bieg. No ale z drugiej strony, to biegałem w jeszcze gorszych warunkach, więc podszedłem do tego wszystkiego z dużą dozą pozytywnej energii.

Ustawiłem się w sektorze, w którym miałem pacemakera na czas 1:40. Podczas treningów nigdy takiego czasu nie osiągnąłem na dystansie 21 km, ale było to hipotetycznie w moim zasięgu. No i cóż, stojąc w tym sektorze obmyśliłem strategię, przed którą wcześniej się broniłem, bo chciałem iść na żywioł. Ale czekając na rozpoczynający bieg strzał, wymyśliłem sobie, że do piątego kilometra biegnę spokojnie, później przyspieszam i biegnę całkiem szybko do 15km, pokonuję podbieg i jeśli będę miał siły, to lecę dalej szybkim tempem, aż do mety. I plan praktycznie zrealizowałem, z tym, że zamiast od piątego kilometra pobiec szybciej, biegłem już tempem poniżej 5minut na kilometr od skrętu w Nowy Świat. Zając na 1:40 został w tyle, a ja biegłem wyprzedzając kolejnych biegaczy, co jakiś czas cumując tuż za jakimś. W ten oto sposób pokonałem większość trasy i pojawiła się górka na Belwederskiej. Dodam, że znana mi górka ze startu w Biegnij Warszawo, górka, na której wówczas zostawiłem mnóstwo swoich sił. Tym razem podbiegłem pod nią z głową, krótszy krok, wolniejsze tempo, ale za to więcej sił na jej szczycie. Przydały się te wszystkie podbiegi podczas treningów, chociaż nie powiem, żebym nie poczuł zmęczenia, kiedy dobiegałem do Placu na Rozdrożu, ale tutaj w grupie kibiców dostrzegłem mojego znajomego, przybiliśmy piątkę i zrobiło mi się jakoś lżej, na tyle, że po prawie 16km i całkiem sporym podbiegu znów zacząłem przyspieszać i wyprzedzać kolejnych zawodników, którym górka odebrała moc. Ja czułem się świetnie i nie wiadomo kiedy, byłem już na Moście Poniatowskiego. Tu znów ktoś do mnie krzyknął VEGE RUNNERS! I po raz kolejny zrobiło mi się lepiej. Zostały trzy kilometry do mety, więc przycisnąłem jeszcze mocniej. Kiedy wbiegałem na błonia Stadionu Narodowego, czułem zmęczenie, ale nie takie, jak wtedy w październiku na Biegnij Warszawo. Kiedy przebiegałem przez linię mety, zegar wyświetlał czas 1:35:40. Byłem przeszczęśliwy. Od razu telefon do żony, która potwierdziła mój wynik, ponieważ oglądała na żywo relację w Internecie i na bieżąco śledziła wyniki. Z tego wszystkiego zapomniałem, że to przecież czas brutto, więc gdy dotarłem do domu i sam sprawdziłem wyniki, oszalałem ze szczęścia po raz drugi. Finalnie mój czas netto wyniósł 1:33:31 – czy można sobie wymarzyć lepszy wynik podczas debiutu? Pewnie i można, ale pewnie trzeba mieć za sobą sztab ludzi, trenerów, dietetyków itd. Ja miałem tylko siebie i swój plan treningowy, no i może zimę, której srogość wyszła mi tylko na dobre.

Teraz czeka mnie start w maratonie, więc nie ustaję w biegu!

połówka