Pierwszy trucht w 2014

Pierwszy trucht w tym roku. Pierwszy po dwu tygodniowej przerwie i od razu tyle szczęścia w bonusie. Tym szczęściem był oczywiście deszcz ze śniegiem, porywisty wiatr i ogólnie zimno jak diabli. Jeśli prawdą jest powiedzenie, że „piździ jak w Kieleckiem”, to poziom tego piżdżenia na dzisiejszej trasie zdecydowanie przekroczył wszystkie normy, jakie miałem okazję doświadczyć wielokrotnie rezydując w Kielcach właśnie. Nie bez przyczyny piszę tu o szczęściu, bo nic tak nie hartuje umysłu, jak beznadziejna pogoda podczas biegania. Trenując w takich warunkach zawsze myślę sobie, że oprócz fizycznego wysiłku moja psychika wystawiona jest na ciężką próbę i dzięki tak niemiłym doświadczeniom łatwiej mi będzie pokonać pewne przeciwności np. na 39 kilometrze jakiegoś maratonu.

Bieganie na bieżni, w zaciszu stylowego klubu fitness to zabawa zdecydowanie nie dla mnie. Zawsze kojarzy mi się to z pójściem na łatwiznę i jest to takie samo wyzwanie, jak łowienie ryb w stawie hodowlanym, czy szukanie miłości w pomieszczeniach z czerwonymi kotarami. No ale cóż, jeśli ktoś tak lubi, to jego sprawa a mi w sumie nic do tego.

Wspomniałem o dwóch tygodniach przerwy. Zaserwowałem sobie taki odpoczynek, bo pomimo tego, że nie odczuwałem jakiegoś wielkiego zmęczenia, to wiem, że mojemu ciału taka nazwijmy to kuracja bardzo się należała. Jednak podczas tej laby czegoś okrutnie mi brakowało. A ja sam czułem się jakoś nieswojo. Leżenie na kanapie zawsze kończyło się zaśnięciem na kilka godzin a później walką z bezsennością. Mam nadzieję, że to właśnie brak treningu był tego powodem.

Przede mną sporo biegania  i mam nadzieję, że więcej startów, niż w ubiegłym roku.

Do zobaczenia na trasie.