Niedzielne LSD (Long Slow Distance)

Niedzielny poranek, to zawsze dobry czas na poleniuchowanie. Dzień dobry powie Ci ładna pani w telewizorze i do jedenastej może zaproponować wiele „ciekawych” tematów zupełnie o niczym.  Możesz też na przykład leczyć kaca, bo sobota się trochę przedłużyła, a szkoda było zmarnować ten alkohol, który czekał w kolejce do wypicia. Możesz też spać do południa, a później przez resztę dnia chodzić nieco oszołomiony nadmiarem snu.

Od ponad dwóch lat problem z tym, jak sensownie zagospodarować niedzielny poranek mam rozwiązany. Po prostu zakładam biegowe ciuchy, sznuruję buty i zostawiam za sobą wszystkie troski, napięcia i dylematy. Idę po prostu biegać. Ten niedzielny poranek, to idealny moment na długi, spokojny bieg. Długie wybieganie jest świetnym katalizatorem na wszystkie bolączki, które gromadzę w ciągu całego tygodnia. Nie potrzebuję psychoterapeutów, melisy, czy proszków na uspokojenie. Długi bieg potrafi co prawda zmęczyć fizycznie, ale psychika przechodzi swoisty zabieg odnowy biologicznej. Jestem trochę uzależniony od tego stanu i z wielką ochotą w kolejną niedzielę  pobiegnę przez minimum dwie godziny.

W minioną niedzielę, zanim dopadł mnie wirus,  warunki pogodowe były niczym niespodziewana premia w dniu wypłaty – taki dodatkowy bonus. Raz, że zaskakująco dobre, jak na luty. Dwa, że po ostatnich kilku wybieganiach w deszczu, śniegu i pod wiatr, umilały każdy kolejny krok.

Biegłem z trenerem grójeckiego BBL. Przez 20 pierwszych kilometrów cały czas gadaliśmy, ale utrzymywaliśmy całkiem szybkie tempo w okolicach 5:15. Później natomiast w milczeniu przyspieszyliśmy i do końca biegliśmy tempem w okolicach 4:45, zaliczając dwa solidne podbiegi.

Nie ukrywam, że po biegu czułem się trochę zmęczony fizycznie, ale przypływ endorfin i psychiczny reset, wraz ze wspomnianą pogodą, nieźle naładowały moje motywacyjne baterie. Niestety wspomniane przeziębienie popsuło trochę plany na ten tydzień, ale już się nie mogę doczekać, kiedy znów pobiegnę jakiś dłuższy dystans.

Reklamy

Wirusie spadaj!

Dziś pierwszy raz od niepamiętnych czasów nie wyszedłem na trening, ale nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że jakieś wirusowe cholerstwo się do mnie przypałętało. W zeszłym roku miałem podobną sytuację i nie zrezygnowałem z biegania. Finał był taki, że przez prawie miesiąc miałem kaszel, katar i czułem się ogólnie zmęczony. Teraz nie dam się tak łatwo zrobić w bambuko. Właśnie na tapetę wjechał starty, świeży imbir, goździki i miód – to składniki na idealny rozgrzewający napój. Do tego przekąska w postaci kilku ząbków czosnku, czyli naturalny antybiotyk, a za chwilę moczenie nóg w gorącej wodzie i myk pod ciepłą kołdrę. Lepiej teraz odpuścić kilka treningów, niż później zawalić pół miesiąca. Mam nadzieję, że domowe sposoby wystarczą, żeby przegonić tego wirusa!

Obawa

Bieganie, to rzucanie sobie kolejnych wyzwań, przekraczanie pewnych barier i przesuwanie pewnych ścian, które pierwotnie wydają nam się nierealne do przesunięcia. Jednak aby osiągnąć nasz cel potrzebujemy odpowiedniego treningu. Niestety prawda jest taka, że zazwyczaj czeka nas ciężka harówa, ale jak głosi stare żołnierskie przysłowie – „im więcej potu na ćwiczeniach, tym mniej krwi w boju”. I to akurat prawda, pod warunkiem, że na tych ćwiczeniach nie „zajedziemy” swojego ciała, a co gorsze naszej psychiki. Zdarza się Wam odczuwać pewien niepokój przed ciężkim treningiem? Obawę, że nie dacie rady czegoś zrobić? Ja mam tak bardzo często. Treningi związane z utrzymaniem tempa, interwały i podbiegi zawsze wywołują u mnie pewien dreszczyk emocji. Ostatnio byłem trochę zmęczony i wahałem się czy iść na trening w obawie, że nie dam rady przebiec założonego dystansu w odpowiednim tempie. No ale zawsze sobie tłumaczę, że jeśli nie dam rady, to ten etap jest jeszcze nie dla mnie, a jak mi się uda – oznacza to, że jadę właściwym torem. Zazwyczaj jest tak, że pomimo obaw udaje mi się te trudne treningi zaliczyć z nawiązką. I to działa na motywację, jak mało co. Każdy mały sukces, jest składową większego sukcesu. Więc zamiast się poddawać, staraj się zawsze próbować – to nic nie kosztuje.

Koordynacja i synchronizacja

Czym jest bieganie? Na to pytanie jest tyle odpowiedzi, ilu jest biegających ludzi. Ale bieganie to w gruncie rzeczy odpowiednia koordynacja kilku ruchów naszego ciała zsynchronizowana z odpowiednim sposobem oddychania. Aby biegać dłużej i wydajniej musimy skupić się na tych kilku pozornie trudnych rzeczach. Nie będą nam do tego potrzebne drogie zegarki, czy buty z najnowszej kolekcji, które kosztują więcej niż połowę średniej pensji w naszym kraju. Tak, zdecydowanie ważniejsza od tych wszystkich gadżetów jest odpowiednia technika. Oczywiście ważnych jest jeszcze kilka innych elementów, ale to jak się poruszamy i jak oddychamy odgrywa bardzo dużą rolę w procesie ulepszania naszego biegu.

Zrozumiałem to ostatnio na treningu, kiedy przez cały dystans starałem się oddychać przeponą, nabierając powietrza przez nos, a nie przez usta. Na początku jest to bardzo trudne, ale po jakimś czasie, gdy złapiemy pewien rytm, ten oddech staje się spokojniejszy i dużo bardziej naturalny. Ale żeby osiągnąć ten spokój w biegu musimy dopracować nasz ruch, sposób w jaki lądujemy, jak się wybijamy, jaką mamy postawę, jakie ruchy wykonujemy rękami. Jeśli uda nam się połączyć te wszystkie ruchy różnych części naszego ciała w jedną całość, wtedy uspokoimy również nasz oddech. Ta trudna zależność stała się dla mnie ostatnio mniej skomplikowana. Oczywiście nie osiągniemy tego stanu od razu przy szybkim bieganiu, ale możemy próbować szlifować naszą technikę podczas wolniejszych biegów, tak jak ja to ostatnio zrobiłem. Gdy złapałem ten odpowiedni rytm, biegło mi się bardzo lekko i przyjemnie, również tempo było mniej szarpane, no i po zakończonym biegu czułem niesamowitą radość, że znów osiągnąłem jakiś cel, kolejny cel.