9 PZU PÓŁMARATON WARSZAWSKI

Obrazek

Zacznę od tego, że bieganie jest super! No tak, nic odkrywczego, ale czasem wpadając w wir rutynowych treningów zapominamy o tym, co tak naprawdę daje nam to bieganie. Czasem ścigając się sami ze sobą zatracamy sens tego, co jednocześnie nas nakręca. Dziś miałem w oczach łzy szczęścia, gdy przekroczyłem linię mety 9 PZU PÓŁMARATONU WARSZAWSKIEGO i nie były to łzy związane z bólem, wysiłkiem, ciężkim treningiem, były to najszczersze łzy szczęścia i spełnienia. Ale po kolei.
Dzień zaczął się trochę wcześniej niż zwykle, bo przeszliśmy na czas letni i tym samym każdy z nas okradł się z jednej godziny snu. Zazwyczaj przed zawodami śpię niespokojnie, dziś było zupełnie inaczej. Wstałem, zjadłem jaglankę z rodzynkami, toaleta i można ruszać w kierunku Warszawy. Po drodze musiałem zaliczyć dwie toalety, bo przez cały miniony tydzień piłem wodę, jak spragniony wielbłąd przy wodopoju. Nawodnienie to podstawa! Na Saską Kępę dotarliśmy kwadrans przed 9, więc było jeszcze trochę czasu na przebranie się i krótką rozgrzewkę. Gdy parkowaliśmy samochód jakiś ptak narobił nam na maskę – moja żona powiedziała, że to na szczęście. W przebieralni okazało się, że zapomniałem worka do depozytu, więc miałem remis jeśli chodzi o poziom szczęścia. Takie drobne rzeczy potrafią nieźle „zagotować”, ale nie dałem się wyprowadzić z równowagi. Miałem ze sobą torbę z dużym logo VEGE RUNNERS i ona uratowała mi tyłek. Na dwadzieścia minut przed biegiem zjadłem batona CLIF BAR – tak żeby mieć pewność, że jestem zatankowany „pod korek”. Ostatnia wizyta w toi toi’u – tak dla upewnienia się, że wszystko jest pod kontrolą, kilka łyków wody kokosowej i ruszyłem w poszukiwaniu zająca na 1:30. Bieganie z pacemakerem, to świetna sprawa i od ostatniego maratonu polecam każdemu. Raz, że utrzymujesz równe tempo, dwa, że masz większą motywację, żeby dobiec do mety, bo widzisz, jak twój wynik ucieka razem z balonikami przywiązanymi do pleców zająca.
Po strzale startera było trochę chaosu, ponieważ zawsze znajdzie się kilka zbłąkanych dusz, które zamiast stanąć w odpowiedniej strefie czasowej, kierują się jak najbliżej linii startu a później przeszkadzają trochę szybszym biegaczom. No ale w okolicy „Ronda Miami” wszystko się unormowało i można było znaleźć swoje miejsce w peletonie. Do piątego kilometra biegło mi się świetnie, lekko i sprężyście. Później też było dobrze, ale w okolicach 8km coś dziwnego pojawiło się w mojej głowie – zmęczenie? Nie. Nie dopuściłem takiej myśli do siebie, za wcześnie na zmęczenie. Ot chyba reakcja na zbieg w okolicach Wybrzeża Gdańskiego. Od razu zacząłem myśleć o czymś przyjemniejszym, bo przecież w okolicach 10km miała czekać na mnie żona. Nic tak nie dodaje energii, jak znajomy kibic na trasie. Ja dostałem w bonusie dwóch takich kibiców, żonę i Piotra Paciorka (DIGxDEEP). Przybijając piątkę z Piotrem od razu włączył mi się dodatkowy bieg, więc musiałem nieco zmniejszyć prędkość na „tempomacie”, raz żeby trzymać swoje tempo a dwa, że miałem przejąć żel od żony. Kolejne kilometry mijały bardzo spokojnie i z równą prędkością. Na 13km przyjąłem żel, bo wiedziałem, że będzie mi potrzebny zastrzyk dodatkowej energii na podbieg na Agrykoli. Ten o dziwo pokonałem bez większych problemów (i teraz niech mi ktoś powie, żeby nie robić podbiegów:)). Za górką okazało się, że zając został nieco z tyłu, ale usłyszałem jak powiedział, że jeśli ktoś ma siłę, to niech ciśnie! Posłuchałem się go. Była moc, więc cisnąłem. Na rondzie z palmą znów czekała na mnie żona z wodą kokosową w ręku. A nic tak nie dodaje energii, jak ten cudowny płyn. Na 18km cały czas czułem się wyśmienicie, choć zmęczenie siedziało mi już na plecach. Na „Poniatoszczaku” znów spotkałem Piotra, który krzyknął – jeszcze tylko zbieg i zaraz będzie meta. Po zbiegnięciu z mostu zmęczenie mnie dopadło i siedziało na plecach ale nie zwracałem na nie uwagi. Dopiero gdy wbiegłem na błonia Stadionu Narodowego i zobaczyłem metę, od której dzieliło mnie 800 metrów, ten skurczybyk na plecach strasznie dawał się we znaki. Ale ja twardo swoje, przecież to dwie pętle wokół stadionu, to już naprawdę niedaleko, więc nie odpuszczę, nie dam mu przejąć kontroli nade mną. Gdy na zegarze odmierzającym czas brutto zobaczyłem 1:28:53 wiedziałem, że jest bardzo dobrze. Metę przekroczyłem 10 sekund później. Ustanowiłem tym samym swój nowy rekord życiowy – 1:28:25 netto. Zmęczenie jeszcze chwilę mnie przygniatało, żeby podczas masażu odejść sobie na dobre. Nie powiem, włożyłem w ten start sporo serca, ale dawno się tak dobrze nie czułem po ukończonym biegu. Radość przeplatała się z dumą. Łzy szczęścia mieszały się z uśmiechem na twarzy. Byłem w szoku, że tak dobrze mi poszło. I to jest to, o czym wspomniałem na początku. Bieganie jest super, kiedy czerpiesz z niego radość. Trenowałem z radością i pobiegłem ten półmaraton również z radością. Takie podejście ma sens!
Z tego miejsca chciałbym podziękować mojej żonie, za to, że cierpliwie znosi moje wyjścia na treningi i za dzisiejszą rolę głównej technicznej:) Piotrowi za kibicowanie i wszystkim Vege Runnersom, za to, że byli. Specjalne podziękowania należą się Bartkowi Sośnie – prezes wie, jak zmotywować klubowicza:)
Kolejny bieg za dwa tygodnie – zobaczymy, co przyniesie tym razem pełny maraton?

PS. Po ukończonym biegu białko zatankowałem w LOVING HUT! Tylko roślinna MOC!

2014-03-30 13.00.42

 

Nic nie muszę, po prostu to chcę!

Lubicie ciężkie treningi? Pewnie nie za bardzo. Ja też za nimi nie przepadałem. Te wszystkie podbiegi, interwały, biegi na utrzymanie tempa zawsze przyprawiały mnie o mrowienie w kręgosłupie. Ale jak to stare porzekadło głosi „bez pracy nie ma kołaczy”. Zazwyczaj mam tak, że przed tym trudniejszym biegiem odczuwam pewną obawę, czy dam radę zrealizować plan. Plan to ważna rzecz, bez niego progres w twoim bieganiu może się nigdy nie pojawić. Dziś było tak, jak zwykle. Wybiegam na 6 kilometrów spokojniejszego biegu i wydaje mi się, że tempo w okolicach 5:10 to wszystko na co mnie dziś stać, a w perspektywie jest przebiegnięcie sześciu odcinków o długości 1 kilometra w tempie o jedna minutę szybciej. No ale cóż, nie ma się co poddawać, tylko próbować. Co prawda nie mam żadnego trenera, który stoi nade mną z batem i mnie pogania chłoszcząc, a to z prawej, a to z lewej, ale właśnie ta świadomość, że przecież niczego nie muszę, a po prostu to chcę, niesie mnie niczym wiatr bociany z ciepłych krajów. Co chwila spotykam na trasie biegających ludzi, to dodaje mi jeszcze większej mocy i po zakończonym biegu okazuje się, że zamiast 4:10 na kilku odcinkach pojawiło się 3:45 – zawrotne tempo! Więc pamiętaj, że jeśli Ci się wydaje, że czegoś nie możesz zrobić, to masz w sobie takie pokłady energii, że zrobisz to z nawiązką – to nic innego, jak ukryta siła!Obrazek

Wysokooktanowe paliwo

Ostatni wpis nie był zbytnio optymistyczny, więc dziś będzie bardziej pozytywnie. Podobno oranie, to jeden z etapów osuszania po zimie bieżni żużlowej. Niech i tak będzie. Jak się ją dobrze wysuszy, to będzie się lepiej kurzyło i po powrocie z treningu będziesz mógł się poczuć trochę tak, jak górnik po skończonej szychcie – zawsze to jakieś nowe doświadczenie. No ale nie o tym, nie o tym.

Dziś pochwalę się biegowym paliwem robionym przeze mnie na potrzeby długich wybiegań i nie tylko. To jest wysokooktanowa benzyna, która nie pozwala mi się zatrzymać w okolicach 30km. Na pierwszy rzut idą szwedzkie kulki czekoladowe, które są idealne na szybką wrzutkę, zarówno przed długim biegiem, jak i świetną przekąska, gdy wracasz po pracy i po 20 masz iść na trening. Wiadomo, nie ma co jeść zbyt obfitego obiadu, bo źle się to kończy, a 2 czy 3 takie kule ratują sytuację. Wykonanie ich jest banalnie proste i zajmuje dosłownie chwilę.

Potrzebujesz 5 szklanek płatków owsianych, najlepiej błyskawicznych. Filiżanka mocnej kawy, 3 tabliczki gorzkiej czekolady minimum 70%, trochę mleka roślinnego i cukier trzcinowy w zależności od tego, czy jesteś „słodkozębny” czy nie, dosypujesz go ile chcesz. Ale jak dodajesz słodkie mleko roślinne, to dwie łyżki w zupełności wystarczą. Do dużej miski wsypujesz płatki i skrapiasz je gorącą kawą. W kąpieli wodnej rozpuszczasz czekoladę i gdy zmieni stan na płynny dodajesz mleka roślinnego – ¼ szklanki w zupełności wystarczy. Dokładnie mieszasz i wlewasz do płatków, dodajesz cukier i znów dokładnie mieszasz. Z powstałej masy robisz wałek o średnicy 2 centymetrów i tniesz go na kawałki o długości wg uznania. Z pokrojonych kawałków lepisz kulki i obtaczasz je w wiórkach kokosowych. Wstawiasz na noc do lodówki i rano są idealne, możesz je również jeść od razu – też dają radę. Przepis pochodzi z bloga vegelicious.

Obrazek

Drugi patent na załatanie głodowej dziury powstającej po przebiegnięciu 20 kilometrów, to batony czekoladowe z przepisu Scotta Jurka. Tu już potrzebujesz trochę więcej składników, ale przygotowanie nie jest zbytnio skomplikowane. Włączasz piekarnik na 200 stopni a w tym czasie wrzucasz do wysokiego pojemnika 2 szklanki namoczonej i ugotowanej fasoli azuki, znanej też jako czerwona soja, dodajesz dojrzałego banana, pół szklanki ulubionego mleka roślinnego i pół szklanki mleczka kokosowego i miksujesz blenderem do uzyskania kremowej konsystencji. Dosypujesz pół szklanki mąki pełnoziarnistej pszennej i pół szklanki mąki ryżowej, 6 łyżek kakao oraz 3 łyżki syropu klonowego lub z agawy (w skrajnym przypadku sztuczny miód), 1 łyżeczkę ekstraktu z wanilii i pół łyżeczki soli morskiej. Znów wszystko miksujesz i dodajesz jagody goji. Smarujesz blachę olejem, wylewasz na nią masę, posypujesz startą gorzka czekoladą i siup na 35 minut do piekarnika. Wyjmujesz, kroisz, wkładasz do lodówki i na rano są gotowe.

Obrazek

Pamiętam też, że na mój pierwszy maraton zabrałem batony z orzechami. Przepis bardzo prosty. Bierzesz mix orzechów (włoskie, nerkowce, migdały i jakie tylko uważasz) miażdżysz je, dosypujesz 3 szklanki płatków owsianych, pestki słonecznika, sezam, dolewasz ciepłego napoju sojowego o smaku waniliowym. Dolewasz syrop z agawy, dosypujesz bakalie w postaci rodzynek i jagód goji. Mieszasz wszystko, wykładasz na blachę ugniatasz i odstawiasz na kilka godzin. Ostrym nożem kroisz na kawałki i gotowe🙂

Obrazek

Bieżnia jak kartoflisko

Biegam, ciągle biegam. No może z małymi przerwami na relaks lub przeziębienie. Ale zaraz wracam i biegam. Biegam, bo lubię biegać. Lubię też rozwój w moim bieganiu. Ale nic nie bierze się znikąd. Trzeba włożyć sporo pracy, żeby myśleć o lepszych wynikach. Zwykłe codzienne truchtanie jest dobre na pozbycie się zbędnych kilogramów, na nabranie formy, czy polepszenie samopoczucia, ale gdy myśli się o poprawianiu swoich rekordów życiowych, to trzeba pracować i to czasami ciężko pracować. Truchtanie do tego nie wystarczy. Do swojego treningu trzeba wprowadzić takie elementy, jak bieg interwałowy, biegi na utrzymanie tempa, przebieżki, elementy siły biegowej w postaci podbiegów lub skipów. Można też wprowadzić coś tak fajnego, jak fartlek, po naszemu zabawa biegowa. To jest bardzo przyjemne, bo biegniemy w komfortowym dla nas tempie, raz szybko, raz wolno, później jeszcze szybciej i tak na przemian. I o ile te wszystkie elementy można robić na swoich ulubionych ścieżkach, to interwały najlepiej wychodzą na stadionowej bieżni. Raz, że łatwo możemy ocenić dystans, bo przecież jedno okrążenie to 400m, a dwa, że biegamy po płaskiej powierzchni. Co prawda miks interwałów z podbiegami mógłby być ciekawym połączeniem, to ja jednak wolę ich klasyczne wydanie.

Z racji tego, że miałem prawie dwu tygodniową przerwę w ćwiczeniach, to po powrocie postanowiłem nadrobić trochę treningów szybkościowych i udałem się na „bieżnię” pobliskiego stadionu miejskiego. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast bieżni zastałem zaorane pole. Tak, bieżnia wyglądała mniej więcej tak, jak wygląda pole przygotowane do sadzenia ziemniaków. Pomyślałem sobie, o co tu … chodzi?! To jest przecież stadion w 15 tysięcznym mieście, a nie jakieś kartoflisko. Dodam jeszcze, że w tym mieście biega coraz więcej ludzi, byłoby ich pewnie więcej, ale jeśli wchodzisz na stadion i brodzisz po kolana w przeoranej ziemi, to nie jest to nic zachęcającego. Pamiętam jak dziś, kiedy ja stawiałem swoje pierwsze biegowe kroki właśnie w tym miejscu. Ale wtedy żużel był przynajmniej ubity.

Zastanawiające jest to, że w mieście mamy rynek za parę milionów, budynek sądu, którego nie powstydziły by się największe metropolie, komendę Policji, wyglądającą, jak jakaś forteca, okazały urząd skarbowy, a bieżnia na stadionie rodem z wczesnego PRL! Mamy 6 szkół podstawowych, gimnazjum,  5 szkół ponadgimnazjalnych. Przecież w tych wszystkich placówkach marnuje się sporo materiału na przyszłych lekkoatletów, więc do cholery nie orajcie tej bieżni! Choć z drugiej strony jest orlik, boisko treningowe za grubą kasę i piłkarze pałętający się po czwartej lidze – więc misja krzewienia sportu narodowego spełniona.

Tak jak wspomniałem na początku, jak się chce biegać i rozwijać w tym sporcie, zwłaszcza na poziomie amatorskim, to i bez bieżni można to robić, ale z nią byłoby po prostu łatwiej!

Obrazek

Kotlet z brokułu

Skoro nadal tkwię w domu, zamiast realizować plan treningowy, to postanowiłem, że wreszcie podzielę się tym, co jem. Wszak pierwotnie miał to być blog nie tylko o bieganiu, ale właśnie o jedzeniu i słuchaniu muzyki. Na muzykę przyjdzie jeszcze czas. Skupmy się zatem na jedzeniu.

W życiu osoby, która nie je mięsa są takie chwile, kiedy musi się tłumaczyć z tego co je. A jeśli doda, że jest biegaczem, to już w ogóle obsypywany jest gradem pytań, a dodatkowo każdy pytający nagle staje się ekspertem od żywienia. Zazwyczaj jest tak, że to jego dieta wymaga gruntownej zmiany, bo moja z samego założenia jest o wiele zdrowsza. Oczywiście jak różni są ludzie, tak różne ich podejście do diety roślinnej. Dla niektórych chipsy, frytki,  wegańskie burgery i dietetyczna cola będą podstawą ich codziennego menu i jak najbardziej będą mogli o sobie mówić, że nie jedzą mięsa. Ale dieta roślinna, to jednak coś więcej. W życiu sportowca amatora zawsze brakuje czasu, bo amator najpierw musi popracować, żeby później mógł potrenować. W codziennym zabieganiu mamy mało czasu na przygotowywanie sobie zdrowych posiłków i dla niektórych ludzi, którzy spożywają pokarmy mięsne zawsze łatwiej jest kupić wędlinę, położyć ją na kanapkę i śniadanie gotowe. Podobnie z obiadem, kupujemy gotowca, podgrzewamy i obiad mamy z głowy. W drodze po pracy zahaczamy o Maca i nie jesteśmy głodni. W opinii takich osób, ktoś kto nie je mięsa musi mieć mnóstwo czasu na przygotowywanie sobie odpowiednich posiłków, no i oczywiście rezygnuje z czegoś tak dobrego, jak „mięsko”. Tylko po pierwsze to „mięsko” wcale takie zdrowe nie jest (patrz chów przemysłowy, sztuczne pasze, antybiotyki, hormony wzrostu) a po drugie osoby na diecie roślinnej jedzą mnóstwo różnych potraw, których przeciętny mięsożerca nigdy nie widział na oczy, nie mówiąc już o czerpaniu przyjemności z ich jedzenia. Więc nie wiem kto tu traci więcej. Po trzecie my wcale tego mięsa nie potrzebujemy. A przyrządzenie niedzielnego schabowego, zajmie nam tyle czasu, co zrobienie np. takich kotletów, jakie zaserwowałem sobie na dzisiejszy obiad.

W lodówce miałem brokuł, który aż się prosił o zjedzenie, więc postanowiłem, że przyrządzę z niego kotlet. Brzmi dziwnie? Kotlet z brokułu? Tak, to jest wykonalne, szybkie i bardzo proste. Na śniadanie robimy sobie jaglankę i gotujemy trochę więcej kaszy jaglanej, w celu użycia jej właśnie do naszych kotletów. Gdy przychodzi pora obiadowa, do garnka wstawiamy brązowy ryż, a my w tym czasie robimy kotlety. Gotujemy na parze brokuł, wrzucamy go do miski z kaszą jaglaną, dosypujemy dwie łyżki płatków drożdżowych, trochę siemienia lnianego, bułkę tartą, sól, paprykę, pieprz ziołowy, pestki słonecznika i wszystko traktujemy tłuczkiem do ziemniaków. Gdy składniki nam się wymieszają, ładnie uklepujemy wierzch i odstawiamy na chwilę. Przygotowujemy blachę, wykładając ją papierem do pieczenia. Z masy lepimy niewielkie kotlety, układamy na blasze i wstawiamy dosłownie na 10-15 minut do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni. Bierzemy 2 garście mixu sałat, kroimy kawałek cebuli, kilka rzodkiewek i dwa niewielkie pomidory. Mieszamy wszystko w zamkniętym pudełku. Gdy sałatka wyląduje już na talerzu, polewamy ją sosem musztardowo miodowym. Całość nie zajmuje nam więcej, jak 40 minut. Efekt powalający.

 Obrazek

Jestem trochę łakomczuchem i uwielbiam różnego rodzaju desery. Jestem też ciastożercą, bo nic tak nie smakuje, jak kawałek dobrego ciasta chwilę po zjedzonym obiedzie. Nigdy nie byłem fanem tradycyjnej W-Z, ponieważ ten śmietanowy krem trochę mnie mdlił i zawsze było go za dużo. Kiedy zobaczyłem, że można zrobić krem z mleczka kokosowego, od razu wiedziałem, że to jest dobra opcja na wegańską W-Z. Bierzesz 2 i pół szklanki mąki, pół szklanki cukru, łyżeczkę sody, 3 łyżki kakao. Wszystko dokładnie mieszasz, dolewasz ¼ szklanki oleju, 1 i ½  szklanki mleka roślinnego, aromat waniliowy i znów wszystko dokładnie mieszasz. Wkładasz wszystko do wyłożonej papierem małej tortownicy i siup do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni na 40 minut. Po wystygnięciu ciasto kroisz na pół. Wyciągasz z lodówki mleczko kokosowe, które chłodziło się kilka dni. Wyciągasz zastygniętą masę do miski, dodajesz 2 łyżki cukru pudru i ubijasz, tak jak tradycyjną śmietanę. Gdy pojawią się smugi, krem jest gotowy. Przekładasz nim ciasto. W kąpieli wodnej rozpuszczasz ¾ tabliczki czekolady, dodajesz mleko sojowe, mieszasz i wylewasz masę na ciasto. Ładnie rozprowadzasz i wkładasz do lodówki. Po 2 godzinach deser jest idealny.

Obrazek

Smacznego!

*Przepis na W-Z pochodzi z bloga weg-anka

Z wizytą u lekarza

No i stało się. Z powodu przeziębienia musiałem iść do lekarza, a u tego nie byłem hmmm, no właśnie, nie pamiętam kiedy byłem. Ale uznałem, że skoro mam przychodnię tuż pod nosem, to niedorzecznością byłoby nie spytać się specjalisty, czy czasem w moich płucach nie zagościło coś niepożądanego. Tym bardziej, że moje domowe pomysły na przeziębienie się skończyły, a ono samo tylko się nasilało. W trosce o zdrowie i brak zbyt dużej treningowej dziury, wczoraj rano udałem się do pani doktor. Pani sprawdziła moje ciśnienie tętnicze i okazało się, że mam, jak to powiedziała „młodzieżowe”, czyli 110/70. Później posłuchała stetoskopem i powiedziała, że płuca mam czyste, a jedyne co mi dolega, to zapalenie górnych dróg oddechowych. Przepisała kilka leków i w sumie wizyta dobiegła by końca, gdyby nie moje pytanie o badanie krwi pod kątem witaminy B12. No i się zaczęło. A czemu chcę się badać? Więc odpowiedziałem, że jestem na diecie roślinnej, i że przydałoby się od czasu do czasu sprawdzić, czy mój organizm odpowiednio przyswaja suplementowaną przeze mnie witaminę. Gdy usłyszała o diecie od razu przeszła do ataku. „Przecież ta dieta jest szkodliwa dla zdrowia, ona nie zapewnia wszystkich niezbędnych składników odżywczych, no i że pewnie mam anemię, bo skąd ja biorę kwas foliowy i żelazo”. Po pani doktor spodziewałem się bardziej wyszukanego pytania, a ona poleciała tak oklepanym standardem. Starałem się trochę strofować panią lekarz w jej nieco przeterminowanych osądach i gdy powiedziałem, że przecież kwas foliowy w największym stężeniu występuje w zielonych warzywach liściastych oraz brokułach, nie dała za wygraną i dalej brnęła w ślepy zaułek. „Przecież dorosły człowiek potrzebuje białka” – kolejne pytanie, które zalatuje banałem. No właśnie, to białko. Wszyscy zaraz o tym białku. Ale prawda jest taka, że przecież nie potrzebujemy go aż tyle, no chyba, że chcemy zrobić z siebie kalekę i zbudować taką masę mięśniową, że nie będziemy w stanie przystawić słuchawki telefonu do swojego ucha. Owszem trenując bieganie staram się dostarczać swojemu organizmowi odpowiedniej dawki protein, ale bez przesady. Poza tym, przecież białko występuje również w wielu roślinach, głównie strączkowych, których jem całkiem sporo. Do tego piję koktajle z dodatkiem wysokiej jakości białka konopnego. I tu pani lekarz trochę oniemiała, bo zobaczyła, że ma do czynienia z kimś, kto wie trochę o żywieniu i zdrowej diecie. No ale dalej ciągnęła swoje, że ona była rok temu na takiej konferencji, gdzie mówiono o szkodliwym działaniu diet wegetariańskich. Postanowiłem uciąć tę do nikąd nie prowadzącą rozmowę i powiedziałem pani, żeby się trochę doedukowała, ponieważ Ministerstwo Zdrowia wydało niecały rok temu opinię pozytywną na temat stosowania diet roślinnych u dzieci. Więc dorośli tym bardziej mogą z nich bez obaw korzystać. Szczyt kompromitacji nastąpił w chwili, gdy pani doktor palnęła na koniec do wiwatu – „wegetarianie żyją krócej”. Nie wiem skąd ta pani czerpie swoją wiedzę, ale chyba nawet pismo „Pani domu” byłoby dla niej lepszym źródłem.

Mam nadzieję, że przynajmniej na przeziębieniach się trochę zna i mi to cholerstwo minie (jest poprawa, bo już nie kaszlę i katar mam jakby trochę mniejszy)

Postanowiłem, że wydrukuję pani doktor kilka tekstów i opinii zarówno lekarzy, specjalistów, jak również instytucji takich jak chociażby Ministerswo Zdrowia. Tak na wszelki wypadek, może chociaż trochę zmieni swoje podejście do tematu diety roślinnej. A gdy trafi się jakiś kolejny roślinożerny pacjent, to nie będzie opowiadała mu takich głupot, jakich dostarczyła mi podczas wczorajszej wizyty:)