Kontuzja

Od maratonu minęło już ponad dwa tygodnie a ja nadal nic nie robię, w sensie biegowym oczywiście. Nawet Run Keeper się zaniepokoił i przysłał mi wiadomość:) Podczas maratonu musiałem solidnie stłuc sobie chrząstkę w stawie skokowym i początkowo trochę spanikowałem. Na szczęście wizyta u ortopedy, prześwietlenie i diagnoza nieco mnie uspokoiły. Co prawda miało mi przejść po tygodniu a przeszło po dwóch i znów miałem trochę nerwówki. No ale dziś jest już znacznie lepiej i na upartego mógłbym wyskoczyć na jakiś krótki trening, ale powstrzymuje się od tego. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, każda kontuzja jest wynikiem przekroczenia pewnej bariery wytrzymałościowej, w ten sposób organizm reaguje na jakieś przeciążenie. Nie powiem, przez ostatni rok trenowałem dużo i intensywnie, podczas przygotowań do Orlen Maratonu miałem takie momenty, że mi się nie chciało iść na trening, bo czułem się zmęczony – to były pierwsze objawy nadchodzącej kontuzji. Teraz wiem, że trzeba umieć odpuścić w odpowiednim momencie, lepiej zrobić sobie przerwę na odpoczynek, niż trochę na siłę wychodzić ćwiczyć. Kiedyś ktoś napisał, że trzeba się nauczyć słuchać swojego organizmu – pierwszą lekcję mam za sobą:)
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Podczas tej przerwy lekarz zalecił mi trochę inną formę treningu – rower lub basen, a najlepiej jedno i drugie. Obydwie aktywności nie obciążają stawów w takim stopniu, jak bieganie. Pływania co prawda nie zaliczyłem, ale przypomniałem sobie, jak świetnym narzędziem treningowym jest rower. Tak więc gdy tylko będę mógł, to wsiadam na mojego dwukołowca i ruszam w teren. Do pływania muszę się jeszcze przekonać. Podchodzę do niego z dystansem, bo jeśli zacznę regularnie wizytować basen, to wtedy już blisko do jednego… Bieganie, Rower, Pływanie – wiecie co to oznacza?:)

ORLEN WARSAW MARATHON 2014

Obrazek

2 edycja WARSAW ORLEN MARATON przeszła do historii i w mojej pamięci będzie dobrze zachowana. W ubiegłym roku byłem bardzo sceptycznie nastawiony do tej imprezy i dlatego wybrałem swój debiut na trasie maratonu w Krakowie. Oczywiście nie żałuję mojej decyzji, ale trochę się przekonałem do tej komercyjnej imprezy w Warszawie. Nie ma co ukrywać, że bardzo widoczny był udział bogatego sponsora, promocja z rozmachem, imponujące miasteczko biegaczy, organizacja startu i mety oraz sama trasa – wszystko przygotowane na najwyższym poziomie. Do dziś jestem pod ogromnym wrażeniem. Nie wiem czy wezmę udział w 3 edycji tego biegu, ale z czystym sumieniem mogę ja polecić wszystkim śmiałkom, chcącym się zmierzyć na królewskim dystansie. Ale od początku.

Pierwotnie przygotowywałem się do wyjazdu na maraton do Dębna, nawet się na niego zapisałem i plan treningowy realizowałem właśnie pod kątem udziału w tej najstarszej maratońskiej imprezie w Polsce, ale gdy któregoś dnia usiadłem i podliczyłem wszystkie koszty związane z tym wyjazdem, to z wrażenia przeżegnałem się moim biegowym butem. Niestety koszty dojazdu, opłata startowa, nocleg w bardziej komfortowych warunkach, niż namiot utworzyły dosyć pokaźna sumę – zdecydowanie nie do zaakceptowania. Postanowiłem przearanżować trochę swoje plany startowe i dzięki temu wziąłem udział w dwóch świetnych biegach w Warszawie.
Plan treningowy został delikatnie zmodyfikowany i mogłem z radością czynić przygotowania. Po przebiegnięciu „połówki”, wiedziałem, że jest forma i będzie można powalczyć o nową życiówkę. Zmartwił mnie jednak fakt, że na OWM nie było zająca na 3:20, czyli czas w który celowałem. Ale mój kolega Irek, trener grójeckiego BBL stwierdził, że nie mam się co zastanawiać, tylko „łapać byka za rogi” i biec na 3:15. Bez chwili zawahania umówiłem się z nim, że razem pobiegniemy ten maraton. We dwóch zawsze raźniej:)

Na tydzień przed startem zaczęło się magazynowanie węglowodanów i picie wody w szalonych ilościach. Makarony, kasze, ryż i owies, dużo owsa – jak dla konia. Odpuściłem sobie też jeden trening, który miałem w planie, ponieważ stwierdziłem, że swoje kilometry już wydreptałem a mojemu organizmowi lepiej zrobi trochę większa ilość relaksu. Niestety mój syn przyniósł kolejną „przedszkolną” infekcję i w czwartek pojawił się jakiś dziwny ból gardła – nie wróżyło to niczego dobrego, ale imbir z cytryną zrobiły swoje. W sobotę jeszcze tylko delikatny rozruch w ramach zajęć BBL i byłem gotowy na kolejną przygodę.

Obrazek
W niedzielę wstałem odpowiednio wcześniej, tak aby wybudzić organizm i załatwić wszystkie potrzeby fizjologiczne i uniknąć „pit stopu” na trasie. Gdy dojechaliśmy na miejsce, czyli okolice Stadionu Narodowego od razu można było poczuć ducha dużej imprezy biegowej. Imponujące miasteczko dla biegaczy, przebieralnie, strefy dla kibiców, miejsce na chill out i wszędzie mnóstwo uśmiechniętych amatorów biegania. Spora ilość toalet, z których oczywiście dla pewności musiałem skorzystać – i tu zaczęły się schody. Otóż utopiłem w otchłani toi toia mojego Cliff’a, którego miałem zjeść tuż przed startem. Zacząłem początkowo panikować, że nie starczy mi sił itd., ale po chwili dotarło do mnie ile „węgla” zjadłem w ostatnim tygodniu a przecież dodatkowo zjadłem jaglankę na śniadanie i mam ze sobą 4 żele SIS, więc powinienem dać radę. Dla rozluźnienia zrobiliśmy z Irkiem krótką rozgrzewkę i ustawiliśmy się w swojej strefie czasowej. Na 6 minut przed startem przeszła mi przez głowę myśl, że jeszcze raz powinienem sprawdzić, czy przypadkiem nie ma mnie w toi toiu, ale stwierdziłem, że to pewnie nerwówka przed startem. I to był mój błąd.

Krótkie przemówienie prezesa Orlenu i Jan Krzysztof Bielecki dał znak do startu. Początkowo nie wiadomo było o co chodzi, bo minęliśmy konstrukcję z napisem start, ale pomiar czasu znajdował się za kilkadziesiąt metrów. Ruszyliśmy za balonikami na 3:15. Pierwszy kilometr bardzo wolno, kolejne już we właściwym tempie, chociaż przez większą część biegu mieliśmy razem z Irkiem dziwne wrażenie, że biegniemy zbyt wolno. Na około 8 kilometrze, to co tuż przed startem wydawało mi się nerwówką, nabrało realnego znaczenia. I znów panika, że będę musiał zejść z trasy tracąc jednocześnie cenne sekundy, ale też i rytm, którego już nabrałem. Na szczęście udało się to jakoś szybko załatwić i dogoniłem Irka tuż przed podbiegiem na Idzikowskiego. Kolejne kilometry pochłanialiśmy bez najmniejszych problemów, chociaż w okolicach „połówki” u mnie pojawiło się pierwsze zmęczenie – ale Irek motywował mówiąc „Michał ręce! Jak ręce się ruszają, to i nogi pójdą”. No i poszły. Połówkę zrobiliśmy w trochę ponad 1:37 – więc bardzo szybko i zacząłem się zastanawiać, czy damy radę tak do końca. Tym bardziej, że słońce cały czas dosyć mocno operowało. Z tego też powodu nie odpuściliśmy ani jednego wodopoju. Po akcjach odwodnieniowych z Maratonu Warszawskiego, nie zamierzałem popełnić kolejny raz tego samego błędu, dlatego zwalniałem i piłem ile się dało. Miałem wcześniej ułożony plan, gdzie będę przyjmował żele i plan zrealizowałem z dokładnością do kilometra, bo ostatni wypiłem na 33. Gdy skręciliśmy w Szwoleżerów Irek dał mi znać, że jeśli mam jeszcze „parę” to mam biec sam. „Pary” już za wiele nie było, ale jeszcze mogłem biec, choć już na rezerwie. Baloniki z czasem 3:15 zniknęły mi z oczu, wiec zacząłem kalkulować, że muszę się wyrobić na 3:20. Niestety szybkie tempo, słońce i pewnie za słabe przygotowanie na 3:15 dały o sobie znać. Nie wiem czy to była ściana, ale tuż przed 39 musiałem się zatrzymać i trochę przespacerować, tym bardziej, że nie zauważyłem oznaczenia 38km i zacząłem panikować, że strasznie mi się dłuży. Na moście Świętokrzyskim biegłem już całkiem sprawnie, jeszcze tylko lekki spacer koło wodopoju na 40 km i do mety starałem się biec, chociaż coś się zaczęło odzywać w lewym stawie skokowym. Jak wiadomo, po 35 kilometrze biegnie się już siłą woli, więc jakiś drobny ból nie odebrał mi ochoty na przebiegniecie przez linie mety. Gdy na ostatniej prostej zobaczyłem czas brutto w okolicach 3:19 wiedziałem, że uda mi się zrealizować mój pierwotny plan. Oficjalny wynik netto to 3:18:40 – lepiej prawie o 6 minut, niż na jesieni. Zimowa praca nie poszła na marne. Irka niestety dopadły skurcze, wiec musiał trochę pauzować, ale dla mnie i tak jest wygranym, bo dwa tygodnie wcześniej zrobił życiówkę w maratonie, więc wiadomo, że kosztowało go to sporo wysiłku.

Hala masaży, to kolejny mocny punkt tej imprezy. Wanna z zimną wodą, lód, izotoniki, świeżo wyciskane soki z pomarańczy, leżaki, pufy – wszystko to, co potrzebne jest do tego, aby biegacz w komfortowy sposób „wrócił na ziemię”.

Jedyny minus, to posiłek regeneracyjny w postaci kiełbachy z bułką. Ja wiem, że to Polska, kraj kiełbasą i cebulą płynący, ale skoro impreza została zorganizowana na tak wysokim poziomie, to i ten posiłek mógłby być na trochę wyższym poziomie. I tu nie chodzi o to, że jestem wege od iluś tam lat. Bieganie=zdrowie, miedzy kiełbasą a zdrowiem nie mogę postawić tego znaku „=”:(
Pomimo tej drobnej wpadki organizatora i tego, że stłukłem sobie chrząstkę w stawie skokowym i do dziś trochę utykam na prawą nogę, jestem bardzo zadowolony z uzyskanego wyniku (na 3:15 przyjdzie jeszcze pora:)) i samej imprezy. Na uwagę zasługuje też fakt, że większość osób z teamu BBL Grójec ustanowiło swoje nowe rekordy, czy to na 10km, czy na trasie maratonu. To napawa optymizmem i daje poczucie komfortu, bo mam z kim biegać:)

Teraz trochę poleniuchuję, a jak stopa wydobrzeje zaczynam przygotowania do kolejnej przygody!

A tak finiszowałem „klik”