Każdy ma taki Badwater, na jaki mu głowa pozwala.

Właśnie się zorientowałem, że ostatni wpis na blogu pochodzi z maja. Przez ten czas się nie obijałem, wręcz przeciwnie sporo się u mnie działo, zwłaszcza w tym nie biegowym życiu. Na szczęście już jest trochę spokojniej, więc mogę sobie tutaj pozwolić na trochę pisaniny.
Przygotowuję się właśnie do kilku jesiennych startów na dystansie 10km, półmaratonu i maratonu, więc trochę „orania” musi być, zwłaszcza, jak jest plan, żeby urwać trochę z dotychczasowych życiówek. Pierwsze regularne treningi były niezłą katorgą, ale teraz już jest lepiej, bo powoli wpadłem w BPS-owy rytm. Widzę też postępy, więc wszystko idzie w dobrym kierunku. Chociaż dziś miałem chwilę zwątpienia.
Ale po kolei. Jak pewnie większość z Was wie, kilka dni temu Darek Strychalski przebiegł trasę Badwater – ultra maratonu określanego mianem najtrudniejszego biegu wytrzymałościowego na świecie. Nie powiem trzymałem kciuki za skurczybyka, bo to naprawdę sympatyczny gość i po tym, co mu się przydarzyło dwa lata temu na trasie tego samego biegu, połowa, jak nie cały biegowy światek kibicował Darkowi, aby ten ukończył to mordercze wyzwanie. No i to zrobił, po wielu kryzysach, bólach i mękach zrealizował swoje marzenie.
Jak trudny jest to bieg można sobie tylko wyobrazić. Ja postanowiłem dziś sprawdzić, jak to jest przebiec ponad 20km w ponad 30 stopniowym upale. W porównaniu do temperatur w Dolinie Śmierci, gdzie rozgrywany jest Badwater, można powiedzieć, że te 30 stopni, to przyjemny chłodek. No ale dla takiego leszcza jak ja, to dosyć wysoka temperatura, zwłaszcza, że nigdy w takiej nie biegłem takiego dystansu. A dystans też znikomy w porównaniu z tym z Badwater – zaledwie 1/10.

2014-07-27 12.43.58Prawda, że piękna ta Pilica?

Trasę zaplanowałem dosyć spontanicznie i miała ona przebiegać po okolicy, w której się wychowałem. Na początku sporo asfaltu a później bieg doliną rzeki Pilica, by znów wrócić na rozgrzany asfalcik. Zacząłem jak zwykle za szybko. Autentycznie, to co mnie najbardziej wkurza w tym moim bieganiu, to brak umiejętności wolnego biegania. Nie żebym był jakimś szybkim biegaczem, ale na mój poziom wytrenowania, biegam czasami zdecydowanie za szybko, a to daje później opłakany skutek. Zabrałem ze sobą litr płynów, sezamki i baton z orzechów nerkowca. Zazwyczaj, gdy biegam w niższych temperaturach – taki dystans pokonuję bez żadnego prowiantu ani wody. Jednak dziś mieliśmy ponad 30 stopni w cieniu, było samo południe, więc trzeba być idiotą aby nie zabrać ze sobą niczego co by nawilżyło nasz organizm. Pierwsza dycha pękła w zawrotnym tempie – biorąc pod uwagę temperaturę, powinienem biec o co najmniej minutę na kilometr wolniej. Ale co to dla takiego ułana, jak ja. „Szable do boju, lance w dłoń, bolszewika goń goń goń”. Czułem się całkiem dobrze, ale wiedziałem, że najgorsze jeszcze przede mną, ponieważ teraz zbiegałem w dolinę Pilicy, a w głowie siedziała myśl, że za kilka kilometrów trzeba będzie się z tej doliny wygramolić. Biegnąc tuż obok rzeki, nogi same rwały do przodu, a w głowie endorfiny buzowały, jak szalone. W momencie kiedy skończyła się dobra droga a zaczął się regularny trail z błotem, gałęziami, pokrzywami – endorfinki jakby buzowały trochę mniej, a w pewnym momencie, jakby w ogóle wyparowały.

2014-07-27 13.00.16Fajne bajoro?

No ale gdy przebiłem się przez ten „busz” niczym Arnold w Predatorze, zaczęło się niezłe wspinanko, które solidnie mnie wypompowało. Myślałem, że w lesie będzie odrobinę chłodniej – nic z tych rzeczy. Co prawda słońce nie operowało tak bardzo, ale miałem wrażenie, jakby ktoś odessał tlen z powietrza. Momentami był taki zaduch, że nawet robiąc solidne wdechy nie czułem żadnej różnicy gdy oddychałem normalnie. Jakoś jednak udało mi się wydostać z doliny i znów wpadłem na patelnię w postaci rozgrzanej i mięciutkiej masy asfaltu. Tu jednak pojawiło się kolejne utrudnienie. Otóż lokalni Janusze jadący swoimi wyglancowanymi brykami na wypoczynek nad rzekę mieli sporą ochotę, abym to ja stał się ostatnim szlifem w polerce ich podstarzałych maszyn z Bawarii, czy też innych „baleronów”. Dało się zauważyć, że w okolicy niemiecka motoryzacja cieszy się sporym wzięciem – zwłaszcza ta z poprzedniego stulecia. Na szczęście, żaden Janusz nie urwał sobie o mnie lusterka. Ale co się na nich nabluzgałem – to moje:) Gdy skręciłem z tej dosyć ruchliwej drogi w nieco spokojniejszą – zaczęły się schody, a raczej górki, na które jakoś nie miałem już ochoty. Patelnia, swoje w nogach, mało płynu, więc przeszedłem do marszu. No ale co chwila nogi rwały do przodu, tylko głowa zostawała w tyle. Na szczęście jakoś udało mi się doczłapać do domu. 2 wiadra zimnej wody prosto ze studni, przywróciły mnie do żywych, później obiadek u mamy i zasłużony odpoczynek.

2014-07-27 14.06.00Żywy trup, po dwóch wiadrach:)

Kończąc ten mój trochę przy długi opis na usta ciśnie mi się jedno. Możemy być super wytrenowani, biegać często długie dystanse, ale jeśli nie wytrenujemy głowy – to dupa blada. Nogi staną w miejscu i jest pozamiatane.
Bieganie w ciepełku też może być fajne, tylko w takiej sytuacji trzeba biec bardziej głową, niż nogami. Ciekawe co o tym myśli Darek? – na pewno go o to spytam, jeśli napatoczy się tylko taka okazja!