Trochę mnie tutaj nie było. Nie oznacza to, że dałem sobie spokój z bieganiem a swoje buty zawiesiłem na kołku. Nic z tych rzeczy. Biegałem, biegałem i wybiegałem sobie nową życiówkę w półmaratonie i w maratonie na wiosnę, ale to temat na kolejny wpis. Później też biegałem, aż w lipcu zaczęło kręcić mi się w głowie, bynajmniej nie od biegania. Było trochę poważnie ale wyszedłem z tego obronną ręką. Niestety miesiąc przerwy w treningach spowodował, że odpuściłem sobie udział w jesiennym maratonie. Było kilka osób, które namawiały mnie do startu. Niby mógłbym pobiec ale wyniku z kwietnia nie jestem w stanie ruszyć, więc wolę sobie nadal biegać wokół tego mojego Grójca. Tym bardziej teraz, gdy w sadach dużo jabłek i można się czasem nimi poczęstować. Plan jest taki, aby porządnie przepracować zimę i zmierzyć się z maratonem na wiosnę. No ale nie byłbym sobą, gdybym nie pościągał się na krótszym dystansie.

Po wspomnianej przerwie zacząłem biegać mniej ale intensywniej. Trochę więcej interwałów, przebieżek, podbiegów – trochę z chęci nadrobienia strat a trochę z przełamania monotonii w dłuższych biegach. Wiedziałem, że skoro chcę pobiec w jakimś biegu na „dychę”, to ten rodzaj treningów powinien wyjść mi na dobre. Tak też się stało. Otóż w miniona sobotę stanąłem na starcie Grójeckiej Dychy – lokalnego biegu w moim rodzinnym mieście. Była to już 5 edycja. Start uważam za udany, ponieważ trzy razy gościłem na „pudle” – pierwszy raz jako trzeci w kategorii wiekowej, drugi jako trzeci w kategorii mieszkańców powiatu i trzeci tym razem jako drugi mieszkaniec miasta Grójec. O samym biegu nie będę zbyt wiele pisał bo strategia była prosta – żadnych strategii. Po prostu od startu do mety biegłem jak mogłem najszybciej.

Ostatecznie na mecie zameldowałem się po 38:05 – z jednej strony radość, bo nowa życiówka, z drugiej trochę słabo, że nie przybiegłem o te 6 sekund szybciej. No cóż – 3 października będę miał szansę o te 6 sekund powalczyć, ponieważ biegnę 10km w Kozienicach.

Advertisements