Podsumowanie sezonu 2015

cropped-11178235_1070870246260864_8366423508272098728_n1.jpg

Rok się skończył, rok się zaczął. Czas mija, więc nie ma na co czekać tylko łapać go w sidła swoich pasji, wyzwań i przygód. Nie ma chyba słabszej rzeczy, niż pozwolenie na to, aby czas uciekał obok nas. Cytując pewien hip-hopowy zespół – „tworzymy historię, inni muszą na nią czekać”. Właśnie! Twórzmy swoją historię.

Ostatni rok może nie należał do najbardziej intensywnych, co nie znaczy, że nie był rokiem udanym. Wręcz przeciwnie. Na każdym z dystansów, na których się ścigałem ustanowiłem nowe rekordy życiowe, ominęły mnie kontuzje – no może poza letnim incydentem. Jednak ta dysfunkcja nie była ani objawem, ani wynikiem przetrenowania i nie miała żadnego związku z bieganiem. Ale dzięki niej zrobiłem sobie badania, których normalnie bym nie zrobił, dowiedziałem się czegoś o sobie i z jeszcze większą starannością podchodzę do własnego ciała. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Po kolei. Początek roku to oczywiście plany startowe i konkretny trening. W zimę solidnie pracowałem, więc i pierwszy wynik podczas Półmaratonu Warszawskiego pozwalał z optymizmem patrzeć w przyszłość. 1:24:41 to czas lepszy o prawie 4 minuty od tego osiągniętego rok temu. Nie powiem, rozbudziłem swój apetyt i z planowanych 3:05 w maratonie – nastawiłem się na łamanie 3 godzin na królewskim dystansie. Czy była to zła decyzja – nie! Co prawda w maratonie udało mi się dobiec do mety z czasem 3:09:06 – więc próba nieudana, ale kolejna nauka wyciągnięta. Gdybym nie spróbował nie wiedziałbym teraz, że łamanie „trójki”, to nie tylko kwestia odpowiedniej realizacji planu treningowego i po prostu startu. Ważną rzeczą jest również odpowiednie psychiczne przygotowanie a także wcześniejsze opracowanie planu i strategii w dniu startu. O ile plan treningowy realizowałem bardzo skrupulatnie, o tyle zabrakło tych dwóch elementów – przygotowania psychicznego i strategii samego biegu. Nastawiłem się, że muszę to zrobić i byłem dosyć spięty od samego początku popełniając kilka błędów, które przy wcześniejszym przemyśleniu nie pojawiłyby się. Otóż ustawiłem się w strefie na wynik 3:00 a zające, którzy biegli na złamanie „trójki” byli we wcześniejszej strefie. Po tym, jak się zorientowałem, że będę musiał ich gonić trochę spanikowałem i pierwsze dwa kilometry biegłem zdecydowanie za szybko przeciskając się między biegaczami, którzy po 32 kilometrze wyprzedzali mnie. Mogłem odpuścić, biec w założonym tempie, nawet nieco wolniejszym od docelowego ale nie, spanikowałem i za to zapłaciłem. Jednak, gdy na 39 kilometrze uświadomiłem sobie, że mogę jeszcze pobić jesienną życiówkę – resztkami sił zawalczyłem o to. Główny cel nie został zrealizowany, ale nowy rekord życiowy w połączeniu z wyciągnięta nauką i tak uważam za spory sukces.

W czerwcu przyszedł czas, aby sprawdzić się na krótszym dystansie. 5km w Biegu Ursynowa, to był mój debiut, więc co bym nie robił i tak to był bieg na „życiówkę”J Po maratonie zrobiłem sobie kilka dni przerwy ale dosyć szybko wróciłem do treningów – oczywiście mniejszych objętościowo, za to mocniejszych jeśli chodzi o szybkość. Pogoda sprzyjała bieganiu interwałów na stadionie, więc przez 3 majowe tygodnie ten element był stałym punktem programu. Na starcie w Biegu Ursynowa panowała iście letnia pogoda z wysoką temperaturą, pełnym słońcem i straszną duchotą. Wiadomo było, że to nie dzień na rekordy ale 19:08, to całkiem dobry wynik, jak na debiut. Nie wiem co jest gorsze, czy bieg w maratonie we w miarę swobodnym tempie, czy te 5 kilometrów na ciągłym wdechu – i to i to boliJ

Cały czerwiec i połowa lipca, to czas relaksu i odpoczynku od treningów. Nie od biegania, bo to oczywiście było, ale takiego biegania na luzie, bez planu treningowego, bez spiny, bez reguł. Na wakacjach postanowiłem zrealizować jedno z moich marzeń, czyli przebiec cały Półwysep Helski. Super bieg i fajowa przygoda. Praktycznie całą trasę mam do dziś w głowie, ale najbardziej pamiętam minę faceta, który w Helu proponował mi 400 metrową podwózkę meleksem na plażę. Gdy usłyszał ode mnie, że właśnie przybiegłem z Władysławowa i że chyba dam radę jeszcze te kilka metrów zastygł niczym beton w okolicznych bunkrach.

Praktycznie z końcem urlopu miałem zacząć realizować kolejny BPS do Maratonu Warszawskiego – jednak dziwne zawroty głowy pokrzyżowały nieco te plany. Kilka wizyt u różnych specjalistów, trochę nerwów i diagnoza – problemy z błędnikiem. Na szczęście to nic poważnego, po wizycie u laryngologa i niewielkim zabiegu wszystko powoli zaczęło wracać do normy a mi przestało się kręcić w głowie. Niestety prawie miesiąc wyjęty z przygotowań to zbyt dużo aby nadrobić ten czas. Oczywiście dał bym rade przebiec ten maraton, ale wiedziałem, że nie poprawię swojego wiosennego czasu, dlatego zrezygnowałem. Miałem pobiec inny maraton późną jesienią, ale tez się rozmyśliłem. Stwierdziłem, że znów pobiegam trochę szybciej na krótszych dystansach i dzięki temu udało mi się zrobić życiówkę na 10km. 38:05 to oficjalny czas z mojego udziału w Grójeckiej Dysze. 15miejsce open, 3 w kategorii wiekowej, 2 w kategorii mieszkańców Grójca to taka wisienka na torcie minionego sezonu. Co prawda był jeszcze jeden start na 10km w Kozienicach, ale to bardziej bieg towarzyski, niż walka o nową życiówkę – choć do 7km biegłem jak szalony. Później przyszedł czas na roztrenowanie, regenerację i rozpoczęcie kolejnego BPS przed Orlen Marathonem w Warszawie.

Jak widać nie jestem łowcą medali i kolekcjonerem numerów startowych. Cały czas lubię biegać przede wszystkim dla siebie a gdzieś dalej ze względu na życiówki, medale i zamknięte trasy w dużych miastach. Pod tym względem 2016 rok pewnie się nie zmieni. Ja dalej będę tworzył swoją historię a Ty masz wybór – albo będziesz na tę historię czekał albo zrobisz coś swojego – czego Ci oczywiście życzę!

Reklamy