„Po drugiej stronie lustra”

13094416_1706149556327199_5688940727162891374_n

fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Jak złamać trzy godziny w maratonie? Na to pytanie jest pewnie tyle odpowiedzi ilu jest biegaczy, którym udało się tę magiczną barierę pokonać. Moja jest mniej więcej taka: trzeba trenować, jeść i odpoczywać – banał prawda? No może trzeba w to jeszcze włożyć odrobinę silnej woli, konsekwencji i cierpliwości. Tak, cierpliwość jest tu kluczowa. Ważne też jest mieć pomysł na ten maraton i na etapie przygotowań powoli go realizować.

W minioną niedzielę udało mi się dokonać tego, co jeszcze w ubiegłym roku było dla mnie nierealne. Ukończyłem swój najlepszy w życiu maraton z czasem 2:57:24. Po drodze nie spotkałem żadnej magicznej „ściany”, nie miałem kryzysów, nie cierpiałem. Przez większą część dystansu czułem się fantastycznie, a ostatnie 10 kilometrów, to najlepszy odcinek tego biegu. Tak, to jest możliwe. W waszych głowach pewnie siedzi zgoła inne wyobrażenie. Pewnie myślicie, że bieg na królewskim dystansie, to niesamowity ból i walka o każdy kolejny krok. W obiegu krążą legendy, że bolą cię nawet włosy na nogach, masz zwidy i halucynacje a do mety dobiegasz jako wrak człowieka i w dodatku dzięki głowie – nie nogom. Myślicie tak, ponieważ duża część osób, które kończy maraton ma takie odczucia. Co więcej, sam takie wyobrażenie miałem do minionej niedzieli. Maraton nie musi być traumatycznym przeżyciem, nie musi kojarzyć się z cierpieniem i jakąś heroiczną tyradą. Maraton poniżej trzech godzin może być nawet przyjemny! Jakim cudem zapytacie? Odpowiedzi nie znajdziecie podczas biegu, bo tu już jest zdecydowanie za późno. Odpowiedzi należy szukać kilka miesięcy przed planowanym startem. Należy wtedy odpowiedzieć na pytanie, czy jesteśmy gotowi podjąć to wyzwanie i zrobić wszystko, aby sam maraton był tylko wisienką na torcie naszego treningu. Jest kilka bardzo ważnych rzeczy, które musimy sobie poukładać, zaplanować i z żelazną konsekwencją wprowadzać je w życie.

TRENING

To kluczowy element w całym procesie łamania „trójki”. Ja biegam od pięciu lat. Przez ten czas nie korzystałem z porad trenerów, nie jeździłem na żadne obozy biegowe a do wszystkiego doszedłem sam. Podczas poprzednich startów używałem szablonowego planu, który nieco modyfikowałem, aby podczas kolejnego maratonu osiągnąć lepszy wynik. Różnie to się kończyło, ale po zeszłorocznej porażce podczas wiosennego startu stwierdziłem, że muszę ten element zmienić.

Od jakiegoś czasu na półce w moim domu leżała książka „Maraton metodą Hansonów”, którą dostałem kiedyś na gwiazdkę od mojej żony. Wziąłem tę książkę wreszcie na warsztat i przeczytałem w niej na samym początku, że jeżeli zrealizuję wszystkie znajdujące się w niej zalecenia – mój maraton poniżej trzech godzin będzie najlepszym maratonem, jaki kiedykolwiek przebiegłem. I co? I wszystko co w tej książce jest napisane sprawdziło się. Polecam każdemu lekturę tej publikacji i czerpanie garściami z zawartej w niej wiedzy. Plan treningowy nie jest łatwy, ale jeśli chcesz, aby sam start należał do rzeczy przyjemnych, to niestety trening musi być ciężki. Ja zacząłem przygotowania do kwietniowego maratonu tuż po Nowym Roku. Biegałem praktycznie codziennie, z trzema mocnymi akcentami w ciągu tygodnia. Na akcenty składały się trening interwałowy, trening początkowo wytrzymałościowy a później tempowy i dłuższy niedzielny bieg w drugim zakresie. To co budziło moje wątpliwości, to fakt, że podczas całego etapu przygotowań nie miałem treningu dłuższego niż 26km. Ale zaufałem autorom i jak widać nie zawiodłem się. Treningi robiłem głównie wieczorami, bo przecież oprócz biegania są inne obowiązki – rodzina, praca, dom. Na szczęście zima w tym roku była dosyć łaskawa, chociaż i tak nie obyło się bez kilku treningów na bieżni w klubie fitness. Nigdy nie byłem fanem siłowni a zwłaszcza biegania po bieżni elektrycznej, dlatego te kilka sesji to były chyba najnudniejsze i najgorsze treningi, jakie podczas całego okresu przygotowawczego musiałem zrobić.

Im dalej w las, tym treningi były cięższe a zmęczenie narastało. W połowie przygotowań musiałem odpuścić jeden tydzień w moim biegowym kalendarzu. Jak jest się ojcem 5 letniego przedszkolaka, trzeba się niestety liczyć z tym, że może Ci on „sprzedać” jakiegoś wirusa. I tak 7 dni leżakowałem i frustrowałem się, że plan niestety nie wypali. Po tej przerwie na pierwszym treningu postanowiłem się nieco przetestować i zobaczyć, co zostało z tego okresu sprzed choroby. Dzięki Bogu zostało całkiem sporo, więc dalej kontynuowałem trening według założonego planu. Ostatnie dwa, a nawet trzy tygodnie, to była prawdziwa walka z samym sobą. Kolejne wyjścia na trening nie cieszyły tak, jak swawolne bieganie cztery czy pięć lat temu. Jednak motywacja była ogromna i nie ustawałem w biegu. Działałem trochę jak automat, zaciskałem zęby i robiłem swoje.

Na dwa tygodnie przed startem, moja żona miała podejrzenie rotawirusa, więc znów panika, że mogę mieć niechcianą przerwę w treningach.  W domu zarządzona została kwarantanna i na szczęście udało mi się dotrwać w zdrowiu do godziny zero. Cały plan treningowy to 18 tygodni ciężkiej pracy, dużego wysiłku, sporej ilości kilometrów, dużego zmęczenia, ale to wszystko zostało mi oddane, gdy od trzydziestego kilometra zacząłem przyspieszać, a momentami biec nawet w tempie jak podczas biegu na 10km.

DIETA

Tu nie będę się bardzo rozpisywał, ale podkreślam, że to jest bardzo ważny element całego przygotowania. Będąc na diecie roślinnej mam łatwiej, ponieważ nie muszę rezygnować ze śmieciowego jedzenia, bo na co dzień go po prostu nie jadam. Nie piję też alkoholu, co jest kolejnym plusem i pozwala mi być zawsze dyspozycyjnym pod kątem treningu. Oczywiście dieta musi być bogata w dobre paliwo w postaci dużej ilości węglowodanów, białka, dobrych tłuszczy i solidnej porcji warzyw. Przez te ostatnie 18 tygodni w kuchni starałem się być jeszcze bardziej restrykcyjnym, niż jestem na co dzień i jak widać było to też częściowym elementem mojego sukcesu. Początkowo zgubiłem też kilka kilogramów na wadze, a wiadomo, że biec z 5kg plecakiem jest zawsze trudniej, niż biec bez niego – więc nawet przez chwilę nie żałowałem, że jest mnie trochę mniej 🙂

Tym razem postanowiłem też w ostatnim tygodniu przed startem wprowadzić dietę opartą o samo białko przez pierwsze trzy dni i węglowodanowe szaleństwo przez kolejne – prawdopodobnie dzięki temu nie spotkałem się ze „ścianą”.

STRATEGIA

To również ważny element, jak nie najważniejszy. Nie można biec maratonu na „hurra”. Trzeba przed startem wszystko obmyśleć i zaplanować. Na którym kilometrze przyjąć żel, na którym się nawadniać, na którym można nieco zwolnić, a gdzie zacząć przyspieszać. Na treningach można sprawdzić kilka rzeczy takich jak reakcja na żele, ile trzeba pić i jak często. Oczywiście to wszystko można korygować podczas startu ale warto mieć przygotowany pewien obraz. Warto też zaznajomić się z trasą i wziąć pod uwagę wszelkie podbiegi, zbiegi, jak i odcinki trasy, które mogą być szczególnie „wietrzne”. Ja miałem to szczęście, że znałem całą trasę i wiedziałem, gdzie i co mam robić – zwłaszcza gdzie zwolnić, aby niepotrzebnie tracić moc na walkę z wiatrem, a ten wiał szczególnie podczas niedzielnego maratonu. Dobrze jest też trzymać rękę na pulsie jeśli chodzi o prognozy pogody – niestety te nie nastrajały pozytywnie zwłaszcza, że miało być zimno i miał wiać silny wiatr. O ile zimna nie obawiałem się wcale, tak ten wiatr mnie trochę przerażał. Na szczęście nie było aż tak źle a ja dobrze zrobiłem, że wyciągnąłem z piwnicy swoją starą, bawełniana, ciepłą bluzę z kapturem i założyłem ją na czas między zamknięciem depozytów a startem. Dzięki temu było mi ciepło i nie przemarzłem podczas oczekiwania na strzał startera.

MARATON

Sam bieg rozpoczął się nieco chaotycznie. Bardzo wolne tempo pierwszego kilometra wprowadziło kilka nerwowych szarpnięć ale postanowiłem, że nie będę tym razem za wszelką cenę gonił zająca a postaram się zastosować do zaleceń płynących z książki Hansonów. A piszą oni w niej, że nie ma co zbytnio szarżować w pierwszej połowie, bo i tak wyprzedzimy tych, co na początku wyrwą zbyt szybko do przodu. No i dzięki mojemu opanowaniu biegłem swoje, jednocześnie kontrolując tempo na zegarku. Pierwsze kilometry i jedyny większy podbieg na trasie minęły nie wiadomo kiedy. Od 5 kilometra zaczęły się punkty odżywcze. Oczywiście na pierwszym wziąłem łyk zimnej wody i nieco nawilżyłem sobie kark i twarz. Znów wszystko toczyło się bardzo szybko i nawet nie pamiętam kiedy minąłem swoją uczelnię na Krakowskim Przedmieściu. Na Nowym Świecie wyprzedził mnie Veganowy Pan Banan, który też wystartował z zamiarem połamania trójki –  przybiliśmy piątkę, pozdrowiliśmy się głośnym „siłłła!!!” i biegliśmy dalej, każdy swoim tempem. Ja na lekkim hamulcu on gonił zająca, żeby w Alejach Ujazdowskich go nawet wyprzedzić. Znów nie wiadomo kiedy znalazłem się na Mokotowie, na 10km przyjąłem drugi żel, bo pierwszy zjadłem tuż przed rozgrzewką, napiłem się trzy łyki wody i biegłem dalej. Na kolejnych punktach odżywczych starałem się nieco pić, maksymalnie trzy łyki i zwilżać nieco twarz i kark. Na Ursynowie spodziewałem się tłumu kibiców ale tym razem tych tłumów nie było. Oczywiście nie płakałem z tego powodu ale czegoś mi jednak brakowało. Na ulicy Rosoła dołączyłem do grupy, która też biegła na złamanie „trójki”, ale trzymała się ładnych parę metrów za zającami. Na czele grupy biegł chłopak, który chyba też bywa zającem, bo prowadził bardzo równym tempem i komentował nerwowość i wyrywność pacemakerów biegnących z przodu. Postanowiłem, że zabiorę się z nim i tak przez najbliższe 7 kilometrów biegłem z grupą. Na 20 km kolejny żel i na punkcie odżywczym łyk wody i obowiązkowe zwilżenie twarzy i karku. Nie piłem zbyt dużo, bo miałem wrażenie, że zaczyna odzywać się pęcherz. W ubiegłym roku na 32 kilometrze musiałem wejść do toi toia i mój maraton się wówczas skończył. Chciałem tego uniknąć, więc ograniczyłem nieco picie.  Na połówce zameldowałem się z czasem 1:29:18, wiec miałem ponad 40 sekund zapasu ale wiedziałem też, że maraton dopiero się zaczyna a przede mną najtrudniejszy odcinek – czyli puste pola miedzy Powsinem a Wilanowem i wiejący prosto w twarz wiatr. Momentami było ciężko, ale dzięki grupie jakoś to przetrwałem.

połówkaPołówka 🙂

Na 27 kilometrze powoli zaczęły się zabudowania, które trochę chroniły od wiatru i grupa zaczęła się nieco rozciągać. Ja byłem z przodu, ponieważ czułem, że mogę biec odrobinę szybciej, choć cały czas zachowawczo, bo przecież wiadomo, że zabawa zaczyna się po 32 kilometrze. Na 30 km odpaliłem żel z kofeiną  i powoli zacząłem podkręcać tempo. Na trasie spotkałem Julka z naszej ekipy Vege Runners, który ukończył bieg OSHEE10km i przyszedł pokibicować. Przybiliśmy piątkę, wymieniliśmy się uśmiechami i kontynuowałem swoje, czyli delikatnie przyspieszałem. Na 32 km poczułem ulgę, ponieważ minęła trauma z ubiegłorocznego startu. W porównaniu z tamtym biegiem czułem się w tym miejscu fenomenalnie. Za chwilę na rowerze pojawił się kolejny kolega z teamu Łukasz i przez dobre pół kilometra utwierdzał mnie w przekonaniu, że czuję się dobrze, że wyglądam dobrze i żebym dalej robił to, co sobie zaplanowałem. Cholera, jak to niesamowicie motywuje! Dzięki Łukasz! Na 35km zjadłem kolejny żel, tak bardziej dla pewności. Mały sprawdzian formy i wiedziałem, że paliwa mi wystarczy, nie czułem żadnego bólu w mięśniach, więc jak nie teraz, to nigdy! To był ten czas i ten moment – zacząłem konkretnie przyspieszać. 36km w tempie 4:04. Po drodze jeszcze wymiana pozdrowień z kolejnym Vege Runnersem, samym „ojcem założycielem” Pająkiem i z Bartkiem z zespołu SIAKI, który przygrywał na 37 kilometrze. 39 km pokonałem w tempie 3:58. Po drodze wyprzedzam pierwszą grupę, która biegnie z zającem na złamanie trzech godzin, wyprzedzam też Veganowego Pana Banana. Po prawej widzę Stadion i wiem, że nic nie jest w stanie mi tej „trójki” wyrwać.

?????????????????????????????????????????????????????????
Most Świętokrzyski. 40 kilometr.

Wpadam na Most Świętokrzyski, na 40 kilometrze stoi redaktor naczelny magazynu ULTRA Mikołaj i krzyczy „Michał Mirkowski!!!”, to dodaje mi skrzydeł i 41 kilometr zaliczam w rekordowym tempie 3:50. Wyprzedzam kolejnych biegaczy, grupę z drugim zającem na 3:00, który wyrwał na początku trochę za szybko. Robię to książkowo, zgodnie z tym, co pisali panowie Hansonowie. To dodaje mi niesamowitego kopa. Przebiegam w okolicach startu i zamiast koncentrować się na biegu rozglądam się za moją bluzą, którą tu niecałe trzy godziny temu zostawiłem. Bluzy nie ma ale dociera do mnie fakt, że za chwilę spełnię swoje największe biegowe marzenie. Jeszcze tylko podbieg koło stadionu, nie czuję go w ogóle i 42 kilometr kończę tempem 3:59. W tłumie kibiców dostrzegam mojego kolegę Krzysztofa z poprzedniej pracy i krzyczę do niego, on odkrzykuje do mnie. Ostatnie metry dosłownie lecę i z podniesionymi rękoma przekraczam linię mety. Płaczę! Nie mogę tego powstrzymać. Po chwili podbiega do mnie Tomek, kolega z Grójca, który skończył bieg trzy minuty przede mną. Ściska mnie i gratuluje. To niesamowity moment, znów prawie ryczę. Chwilę gadamy ogarnięci tymi pięknymi emocjami i idziemy do szatni. Przebieram się, zakładam buty i wracam do domu, bo czeka na mnie rodzinna impreza – imieniny ojca i okrągłe urodziny mamy. Ten dzień, nie mógł się skończyć lepiej 🙂

meta

W tym miejscu chciałbym podziękować kilku osobom – przede wszystkim mojej żonie Magdalenie, za to, że cały czas pozwala mi na tą biegową fanaberię, Grześkowi Jakubisiakowi, Irkowi Wojciechwoskiemu i Mariuszowi Pachockiemu, dzięki którym zaczęło się moje poważniejsze bieganie i startowanie (trochę mi się tęskni za tymi naszymi niedzielnymi biegami „po górkach”). Dziękuję ekipie Vege Runners, która jest najlepszą biegową grupą pod słońcem i dziękuję Tobie drogi czytelniku, że dotrwałeś do tego miejsca!

EAT VEGGIES! RUN STRONG!

 

Turbina

Turbina

„Panie, turbinka jak nowa” powiedziałby Mirek typowy handlarz z autokomisu sprzedając Ci jakieś „Passeratti” nie pierwszej świeżości. Wcisnąłby Ci jeszcze kit, że Niemiec płakał, jak mu tę brykę sprzedawał i do dziś dzwoni i wypytuje, jak się auto miewa. Turbinka bardzo ważna rzecz, trzeba o nią dbać, to długo może być jak nowa. Niestety wielu użytkowników samochodów traktuje tę część silnika po prostu brutalnie. Sam nie raz byłem świadkiem, jak kierowcy zjeżdżali z autostrady na stację benzynową i bez żadnego zastanowienia wyłączali silnik. Jadąc dwieście kilometrów z prawie maksymalną prędkością wyłączali silnik swojego turbo diesla tak, jakby przejechali 2 kilometry z garażu pod supermarket. A to nie o to chodzi. Później jest płacz, że takie marne te samochody robią i że same się psują – ale nikt nie zadaje sobie pytania, czy aby sam się do tego nie przyczynia.

Przekładając powyższe na język biegowy wygląda to mniej więcej tak – biegniesz swój najlepszy wyścig na 10km, lecisz pełną prędkością i po przekroczeniu linii mety zatrzymujesz się w miejscu a ktoś sprzedaje ci mocny cios między oczy. Niby wstajesz, niby jesteś w stanie się pozbierać, ale gdy sytuacja powtarza się bardzo często za którymś razem możesz jednak po tym ciosie nie wstać.

Zarówno turbina w samochodzie, jak i twoje wewnętrzne biegowe turbo wymaga schłodzenia. Tak więc po bardzo intensywnym treningu wskazane byłoby się nieco schłodzić zwalniając tempo do bardzo wolnego truchtu. Raz, że będziesz w stanie szybciej się zregenerować, a dwa zmniejszasz ryzyko wystąpienia kontuzji. Tak – kontuzje nie biorą się znikąd, one są konsekwencją braku elementarnej dbałości o Twój organizm.

W ostatnią niedzielę zrobiłem trening z narastającą prędkością i zwolnienie po ostatnich najszybszych czterech kilometrach było jak najbardziej wskazane, choć miałem ochotę po prostu zatrzymać się w miejscu. Jednak dwa kilometry bardzo wolnego biegu oraz kilka ćwiczeń rozciągających sprawiły, że praktycznie nie czułem, że trening był naprawdę wymagający. Dbajcie o swoje „turbiny” i te w samochodach i te w mięśniach 🙂

IMAG1730

Łyżka nie istnieje!

Łyżka nie istnieje!

Pamiętacie scenę z Matrixa, jak Neo przyszedł do Wyroczni i spotkał małego dzieciaka, który wyginał łyżkę? Ten dzieciak powiedział jedną z mocniejszych sentencji w tym filmie – „nie staraj się wygiąć łyżki, bo to niemożliwe, ale spróbuj uświadomić sobie prawdę, że łyżka nie istnieje. Wtedy przekonasz się, że to nie łyżka się gnie, tylko Ty”.

Co ma wspólnego ta scena z moim dzisiejszym bieganiem – a no ma bardzo wiele. Wyobraźcie sobie taką sytuację, jest 6:30 w sobotę rano, dzwoni budzik. Większość populacji na tym świecie jeszcze smacznie śpi a ty otwierasz oczy i wstajesz, chociaż z drugiej strony jakaś niewidzialna ręka przyciąga Cię do tego ciepłego łóżka a w głowie trwa totalna wymiana ognia – niczym w 43 pod Staliningradem. Jedna półkula Twojego mózgu wysyła serię ognia i daje jasny komunikat – zostań w domu, połóż się, pośpij jeszcze trochę. Druga natomiast odpowiada, jak z automatu – milcz, idę na trening! Podchodzisz do okna i uświadamiasz sobie, że pogoda jest na tyle parszywa, że nawet zazwyczaj pałętające się po osiedlu bezdomne koty pochowały się gdzieś po kątach, wieje wiatr i co chwila pada deszcz. No i znów w głowie pojawia się kolejna jatka. Jednak wypijasz filiżankę kawy, zakładasz biegowe ciuchy ( dziś akurat były to nowo zakupione rzeczy, więc to też miało znaczenie – chęć ich przetestowania zafundowała finalną salwę kończącą bitwę w głowie) i wychodzisz. Ruszasz przed siebie i biegniesz. Nie straszny Ci wiatr, nie straszne krople deszczu momentami zacinające prosto w Twoją twarz. Biegniesz założonym tempem i czujesz radość, że wyszedłeś i zrobiłeś coś, co jeszcze kilkadziesiąt minut temu stało pod wielkim znakiem zapytania.

Tak więc nie staraj się walczyć z ograniczeniami w Twojej głowie, po prostu uświadom sobie, że one nie istnieją i to nie one się wyginają, tylko Ty! Miłej soboty!

12345423_456875391164764_6437871142028812265_n

Ps. Ciuchy dały radę, ale o tym innym razem, jak pobiegam w nich trochę więcej.

Roztrenowanie

Roztrenowanie

Roztrenowanie. To słowo zawsze kojarzyło mi się dziwnie. Trenujesz, trenujesz, podnosisz swoją kondycję na coraz to wyższy poziom i nagle musisz się „roztrenować”. W poprzednich sezonach bywało tak, że biegałem praktycznie cały rok. W tym jednak pozwoliłem sobie na chwilę rozpusty i przez ostatnie dwa tygodnie nie robiłem zupełnie nic. Zapomniałem o bieganiu ale nie obraziłem się na nie. Trzy tygodnie temu wychodząc na kolejny trening czułem, że mi się strasznie nie chce i nie było by w tym nic dziwnego, bo często tak jest, że nam się nie chce a po 5 minutach biegu cieszymy się jak dzieci, że jednak udało nam się przełamać tego wewnętrznego lenia. Ostatnio jednak nie mogłem odnaleźć tej radości z biegania i tak zafundowałem sobie dwa tygodnie laby. I jak przyjemnie było wyjść wczoraj mając za wroga silnie wiejący wiatr i przebiec te 5 kilometrów. Tak na rozruch, na zbadanie czy wszystkie gnaty i mięśnie pracują jak trzeba. Dziś będzie powtórka z rozrywki, bo dwa tygodnie to niezbyt wiele ale taki okres potrafi narobić sporo biegowego głodu. Tak więc roztrenowanie uważam za w pełni wykorzystane i pomocne. Teraz roztrenowanie postrzegam bardziej jako oczyszczenie a nie świadome obniżenie formy. A nad formą trzeba pracować, mając na uwadze, że okres odpoczynku jest również elementem tej pracy.

 

9 PZU PÓŁMARATON WARSZAWSKI

Obrazek

Zacznę od tego, że bieganie jest super! No tak, nic odkrywczego, ale czasem wpadając w wir rutynowych treningów zapominamy o tym, co tak naprawdę daje nam to bieganie. Czasem ścigając się sami ze sobą zatracamy sens tego, co jednocześnie nas nakręca. Dziś miałem w oczach łzy szczęścia, gdy przekroczyłem linię mety 9 PZU PÓŁMARATONU WARSZAWSKIEGO i nie były to łzy związane z bólem, wysiłkiem, ciężkim treningiem, były to najszczersze łzy szczęścia i spełnienia. Ale po kolei.
Dzień zaczął się trochę wcześniej niż zwykle, bo przeszliśmy na czas letni i tym samym każdy z nas okradł się z jednej godziny snu. Zazwyczaj przed zawodami śpię niespokojnie, dziś było zupełnie inaczej. Wstałem, zjadłem jaglankę z rodzynkami, toaleta i można ruszać w kierunku Warszawy. Po drodze musiałem zaliczyć dwie toalety, bo przez cały miniony tydzień piłem wodę, jak spragniony wielbłąd przy wodopoju. Nawodnienie to podstawa! Na Saską Kępę dotarliśmy kwadrans przed 9, więc było jeszcze trochę czasu na przebranie się i krótką rozgrzewkę. Gdy parkowaliśmy samochód jakiś ptak narobił nam na maskę – moja żona powiedziała, że to na szczęście. W przebieralni okazało się, że zapomniałem worka do depozytu, więc miałem remis jeśli chodzi o poziom szczęścia. Takie drobne rzeczy potrafią nieźle „zagotować”, ale nie dałem się wyprowadzić z równowagi. Miałem ze sobą torbę z dużym logo VEGE RUNNERS i ona uratowała mi tyłek. Na dwadzieścia minut przed biegiem zjadłem batona CLIF BAR – tak żeby mieć pewność, że jestem zatankowany „pod korek”. Ostatnia wizyta w toi toi’u – tak dla upewnienia się, że wszystko jest pod kontrolą, kilka łyków wody kokosowej i ruszyłem w poszukiwaniu zająca na 1:30. Bieganie z pacemakerem, to świetna sprawa i od ostatniego maratonu polecam każdemu. Raz, że utrzymujesz równe tempo, dwa, że masz większą motywację, żeby dobiec do mety, bo widzisz, jak twój wynik ucieka razem z balonikami przywiązanymi do pleców zająca.
Po strzale startera było trochę chaosu, ponieważ zawsze znajdzie się kilka zbłąkanych dusz, które zamiast stanąć w odpowiedniej strefie czasowej, kierują się jak najbliżej linii startu a później przeszkadzają trochę szybszym biegaczom. No ale w okolicy „Ronda Miami” wszystko się unormowało i można było znaleźć swoje miejsce w peletonie. Do piątego kilometra biegło mi się świetnie, lekko i sprężyście. Później też było dobrze, ale w okolicach 8km coś dziwnego pojawiło się w mojej głowie – zmęczenie? Nie. Nie dopuściłem takiej myśli do siebie, za wcześnie na zmęczenie. Ot chyba reakcja na zbieg w okolicach Wybrzeża Gdańskiego. Od razu zacząłem myśleć o czymś przyjemniejszym, bo przecież w okolicach 10km miała czekać na mnie żona. Nic tak nie dodaje energii, jak znajomy kibic na trasie. Ja dostałem w bonusie dwóch takich kibiców, żonę i Piotra Paciorka (DIGxDEEP). Przybijając piątkę z Piotrem od razu włączył mi się dodatkowy bieg, więc musiałem nieco zmniejszyć prędkość na „tempomacie”, raz żeby trzymać swoje tempo a dwa, że miałem przejąć żel od żony. Kolejne kilometry mijały bardzo spokojnie i z równą prędkością. Na 13km przyjąłem żel, bo wiedziałem, że będzie mi potrzebny zastrzyk dodatkowej energii na podbieg na Agrykoli. Ten o dziwo pokonałem bez większych problemów (i teraz niech mi ktoś powie, żeby nie robić podbiegów:)). Za górką okazało się, że zając został nieco z tyłu, ale usłyszałem jak powiedział, że jeśli ktoś ma siłę, to niech ciśnie! Posłuchałem się go. Była moc, więc cisnąłem. Na rondzie z palmą znów czekała na mnie żona z wodą kokosową w ręku. A nic tak nie dodaje energii, jak ten cudowny płyn. Na 18km cały czas czułem się wyśmienicie, choć zmęczenie siedziało mi już na plecach. Na „Poniatoszczaku” znów spotkałem Piotra, który krzyknął – jeszcze tylko zbieg i zaraz będzie meta. Po zbiegnięciu z mostu zmęczenie mnie dopadło i siedziało na plecach ale nie zwracałem na nie uwagi. Dopiero gdy wbiegłem na błonia Stadionu Narodowego i zobaczyłem metę, od której dzieliło mnie 800 metrów, ten skurczybyk na plecach strasznie dawał się we znaki. Ale ja twardo swoje, przecież to dwie pętle wokół stadionu, to już naprawdę niedaleko, więc nie odpuszczę, nie dam mu przejąć kontroli nade mną. Gdy na zegarze odmierzającym czas brutto zobaczyłem 1:28:53 wiedziałem, że jest bardzo dobrze. Metę przekroczyłem 10 sekund później. Ustanowiłem tym samym swój nowy rekord życiowy – 1:28:25 netto. Zmęczenie jeszcze chwilę mnie przygniatało, żeby podczas masażu odejść sobie na dobre. Nie powiem, włożyłem w ten start sporo serca, ale dawno się tak dobrze nie czułem po ukończonym biegu. Radość przeplatała się z dumą. Łzy szczęścia mieszały się z uśmiechem na twarzy. Byłem w szoku, że tak dobrze mi poszło. I to jest to, o czym wspomniałem na początku. Bieganie jest super, kiedy czerpiesz z niego radość. Trenowałem z radością i pobiegłem ten półmaraton również z radością. Takie podejście ma sens!
Z tego miejsca chciałbym podziękować mojej żonie, za to, że cierpliwie znosi moje wyjścia na treningi i za dzisiejszą rolę głównej technicznej:) Piotrowi za kibicowanie i wszystkim Vege Runnersom, za to, że byli. Specjalne podziękowania należą się Bartkowi Sośnie – prezes wie, jak zmotywować klubowicza:)
Kolejny bieg za dwa tygodnie – zobaczymy, co przyniesie tym razem pełny maraton?

PS. Po ukończonym biegu białko zatankowałem w LOVING HUT! Tylko roślinna MOC!

2014-03-30 13.00.42

 

Nic nie muszę, po prostu to chcę!

Lubicie ciężkie treningi? Pewnie nie za bardzo. Ja też za nimi nie przepadałem. Te wszystkie podbiegi, interwały, biegi na utrzymanie tempa zawsze przyprawiały mnie o mrowienie w kręgosłupie. Ale jak to stare porzekadło głosi „bez pracy nie ma kołaczy”. Zazwyczaj mam tak, że przed tym trudniejszym biegiem odczuwam pewną obawę, czy dam radę zrealizować plan. Plan to ważna rzecz, bez niego progres w twoim bieganiu może się nigdy nie pojawić. Dziś było tak, jak zwykle. Wybiegam na 6 kilometrów spokojniejszego biegu i wydaje mi się, że tempo w okolicach 5:10 to wszystko na co mnie dziś stać, a w perspektywie jest przebiegnięcie sześciu odcinków o długości 1 kilometra w tempie o jedna minutę szybciej. No ale cóż, nie ma się co poddawać, tylko próbować. Co prawda nie mam żadnego trenera, który stoi nade mną z batem i mnie pogania chłoszcząc, a to z prawej, a to z lewej, ale właśnie ta świadomość, że przecież niczego nie muszę, a po prostu to chcę, niesie mnie niczym wiatr bociany z ciepłych krajów. Co chwila spotykam na trasie biegających ludzi, to dodaje mi jeszcze większej mocy i po zakończonym biegu okazuje się, że zamiast 4:10 na kilku odcinkach pojawiło się 3:45 – zawrotne tempo! Więc pamiętaj, że jeśli Ci się wydaje, że czegoś nie możesz zrobić, to masz w sobie takie pokłady energii, że zrobisz to z nawiązką – to nic innego, jak ukryta siła!Obrazek

Bieżnia jak kartoflisko

Biegam, ciągle biegam. No może z małymi przerwami na relaks lub przeziębienie. Ale zaraz wracam i biegam. Biegam, bo lubię biegać. Lubię też rozwój w moim bieganiu. Ale nic nie bierze się znikąd. Trzeba włożyć sporo pracy, żeby myśleć o lepszych wynikach. Zwykłe codzienne truchtanie jest dobre na pozbycie się zbędnych kilogramów, na nabranie formy, czy polepszenie samopoczucia, ale gdy myśli się o poprawianiu swoich rekordów życiowych, to trzeba pracować i to czasami ciężko pracować. Truchtanie do tego nie wystarczy. Do swojego treningu trzeba wprowadzić takie elementy, jak bieg interwałowy, biegi na utrzymanie tempa, przebieżki, elementy siły biegowej w postaci podbiegów lub skipów. Można też wprowadzić coś tak fajnego, jak fartlek, po naszemu zabawa biegowa. To jest bardzo przyjemne, bo biegniemy w komfortowym dla nas tempie, raz szybko, raz wolno, później jeszcze szybciej i tak na przemian. I o ile te wszystkie elementy można robić na swoich ulubionych ścieżkach, to interwały najlepiej wychodzą na stadionowej bieżni. Raz, że łatwo możemy ocenić dystans, bo przecież jedno okrążenie to 400m, a dwa, że biegamy po płaskiej powierzchni. Co prawda miks interwałów z podbiegami mógłby być ciekawym połączeniem, to ja jednak wolę ich klasyczne wydanie.

Z racji tego, że miałem prawie dwu tygodniową przerwę w ćwiczeniach, to po powrocie postanowiłem nadrobić trochę treningów szybkościowych i udałem się na „bieżnię” pobliskiego stadionu miejskiego. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast bieżni zastałem zaorane pole. Tak, bieżnia wyglądała mniej więcej tak, jak wygląda pole przygotowane do sadzenia ziemniaków. Pomyślałem sobie, o co tu … chodzi?! To jest przecież stadion w 15 tysięcznym mieście, a nie jakieś kartoflisko. Dodam jeszcze, że w tym mieście biega coraz więcej ludzi, byłoby ich pewnie więcej, ale jeśli wchodzisz na stadion i brodzisz po kolana w przeoranej ziemi, to nie jest to nic zachęcającego. Pamiętam jak dziś, kiedy ja stawiałem swoje pierwsze biegowe kroki właśnie w tym miejscu. Ale wtedy żużel był przynajmniej ubity.

Zastanawiające jest to, że w mieście mamy rynek za parę milionów, budynek sądu, którego nie powstydziły by się największe metropolie, komendę Policji, wyglądającą, jak jakaś forteca, okazały urząd skarbowy, a bieżnia na stadionie rodem z wczesnego PRL! Mamy 6 szkół podstawowych, gimnazjum,  5 szkół ponadgimnazjalnych. Przecież w tych wszystkich placówkach marnuje się sporo materiału na przyszłych lekkoatletów, więc do cholery nie orajcie tej bieżni! Choć z drugiej strony jest orlik, boisko treningowe za grubą kasę i piłkarze pałętający się po czwartej lidze – więc misja krzewienia sportu narodowego spełniona.

Tak jak wspomniałem na początku, jak się chce biegać i rozwijać w tym sporcie, zwłaszcza na poziomie amatorskim, to i bez bieżni można to robić, ale z nią byłoby po prostu łatwiej!

Obrazek