Powroty bywają trudne!

IMAG3849

Minął prawie rok od momentu, jak pisałem tu coś ostatni raz. Nie byle co bo relacja z najlepszego w moim życiu maratonu. Wydawać by się mogło, że start z dobrym wynikiem powinien mnie zmotywować do jeszcze większego wysiłku i większej aktywności tutaj. Niestety, było zupełnie inaczej. Po przekroczeniu tej magicznej bariery trzech godzin w maratonie moja motywacja do biegania totalnie się posypała. Oczywiście coś tam biegałem, w czerwcowym biegu na dystansie 5 kilometrów udało mi się nawet pobić życiówkę ale im dalej od maratonu, tym mniej chciało mi się solidnie pracować. Biegałem dla samego biegania, tylko po to, aby podtrzymywać wypracowaną formę ale i to z czasem odpuściłem. Trenowałem niby regularnie ale tak na „pół gwizdka”. Po wakacjach forma była tak niska, że nawet nie podchodziłem do corocznego biegu na 10km w moim rodzinnym mieście. Pod koniec roku stwierdziłem, że to najwyższa pora, aby zacząć robić coś więcej, by być gotowym na wiosenne starty. No i zacząłem z wysokiego C. Od razu wysokie obroty i spora objętość. Wydawało mi się, że w sumie pół roku po ostatnich moich przygotowaniach będę w stanie w krótkim tempie wrócić do dyspozycji sprzed kwietniowego maratonu. Oczywiście to nie był najlepszy pomysł, żeby od razu wystartować z tak mocnymi treningami. Jak się domyślacie zakończyło się to naciągnięciem Achillesa i rozterką – co robić dalej. Wybrałem wariant odpoczynku i totalnego resetu. Po ponad sześciu latach w biegu potrzebowałem totalnego oczyszczenia – głównie głowy, ale jak widać moje ciało też tego potrzebowało. Zająłem się sobą. Poszedłem wreszcie na analizę znamion, które mam na swoim ciele i zostałem skierowany do chirurga celem wycięcia podejrzanej zmiany. Niby chirurg stwierdził, że po miesiącu będę mógł spokojnie biegać, ale ja zaplanowałem dłuższą przerwę. Dwa miesiące nie biegałem nic. Czytałem, słuchałem muzyki i jadłem, tak jak wtedy gdy trenowałem. Wskazówka na wadze skoczyła a po wczorajszym, pierwszym od dwóch miesięcy biegu, stwierdzam, że moja forma spadła mocno w dół. Może nie jest tak, że wszystko musze zaczynać od nowa ale coś, co kiedyś było truchtem, teraz jest niezłym wysiłkiem. Liczyłem się z tym, byłem na to przygotowany i wiem, że budowanie formy na nowo, będzie kolejnym wyzwaniem, którego tak mi brakowało 🙂

Reklamy

Podsumowanie sezonu 2015

cropped-11178235_1070870246260864_8366423508272098728_n1.jpg

Rok się skończył, rok się zaczął. Czas mija, więc nie ma na co czekać tylko łapać go w sidła swoich pasji, wyzwań i przygód. Nie ma chyba słabszej rzeczy, niż pozwolenie na to, aby czas uciekał obok nas. Cytując pewien hip-hopowy zespół – „tworzymy historię, inni muszą na nią czekać”. Właśnie! Twórzmy swoją historię.

Ostatni rok może nie należał do najbardziej intensywnych, co nie znaczy, że nie był rokiem udanym. Wręcz przeciwnie. Na każdym z dystansów, na których się ścigałem ustanowiłem nowe rekordy życiowe, ominęły mnie kontuzje – no może poza letnim incydentem. Jednak ta dysfunkcja nie była ani objawem, ani wynikiem przetrenowania i nie miała żadnego związku z bieganiem. Ale dzięki niej zrobiłem sobie badania, których normalnie bym nie zrobił, dowiedziałem się czegoś o sobie i z jeszcze większą starannością podchodzę do własnego ciała. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło.

Po kolei. Początek roku to oczywiście plany startowe i konkretny trening. W zimę solidnie pracowałem, więc i pierwszy wynik podczas Półmaratonu Warszawskiego pozwalał z optymizmem patrzeć w przyszłość. 1:24:41 to czas lepszy o prawie 4 minuty od tego osiągniętego rok temu. Nie powiem, rozbudziłem swój apetyt i z planowanych 3:05 w maratonie – nastawiłem się na łamanie 3 godzin na królewskim dystansie. Czy była to zła decyzja – nie! Co prawda w maratonie udało mi się dobiec do mety z czasem 3:09:06 – więc próba nieudana, ale kolejna nauka wyciągnięta. Gdybym nie spróbował nie wiedziałbym teraz, że łamanie „trójki”, to nie tylko kwestia odpowiedniej realizacji planu treningowego i po prostu startu. Ważną rzeczą jest również odpowiednie psychiczne przygotowanie a także wcześniejsze opracowanie planu i strategii w dniu startu. O ile plan treningowy realizowałem bardzo skrupulatnie, o tyle zabrakło tych dwóch elementów – przygotowania psychicznego i strategii samego biegu. Nastawiłem się, że muszę to zrobić i byłem dosyć spięty od samego początku popełniając kilka błędów, które przy wcześniejszym przemyśleniu nie pojawiłyby się. Otóż ustawiłem się w strefie na wynik 3:00 a zające, którzy biegli na złamanie „trójki” byli we wcześniejszej strefie. Po tym, jak się zorientowałem, że będę musiał ich gonić trochę spanikowałem i pierwsze dwa kilometry biegłem zdecydowanie za szybko przeciskając się między biegaczami, którzy po 32 kilometrze wyprzedzali mnie. Mogłem odpuścić, biec w założonym tempie, nawet nieco wolniejszym od docelowego ale nie, spanikowałem i za to zapłaciłem. Jednak, gdy na 39 kilometrze uświadomiłem sobie, że mogę jeszcze pobić jesienną życiówkę – resztkami sił zawalczyłem o to. Główny cel nie został zrealizowany, ale nowy rekord życiowy w połączeniu z wyciągnięta nauką i tak uważam za spory sukces.

W czerwcu przyszedł czas, aby sprawdzić się na krótszym dystansie. 5km w Biegu Ursynowa, to był mój debiut, więc co bym nie robił i tak to był bieg na „życiówkę”J Po maratonie zrobiłem sobie kilka dni przerwy ale dosyć szybko wróciłem do treningów – oczywiście mniejszych objętościowo, za to mocniejszych jeśli chodzi o szybkość. Pogoda sprzyjała bieganiu interwałów na stadionie, więc przez 3 majowe tygodnie ten element był stałym punktem programu. Na starcie w Biegu Ursynowa panowała iście letnia pogoda z wysoką temperaturą, pełnym słońcem i straszną duchotą. Wiadomo było, że to nie dzień na rekordy ale 19:08, to całkiem dobry wynik, jak na debiut. Nie wiem co jest gorsze, czy bieg w maratonie we w miarę swobodnym tempie, czy te 5 kilometrów na ciągłym wdechu – i to i to boliJ

Cały czerwiec i połowa lipca, to czas relaksu i odpoczynku od treningów. Nie od biegania, bo to oczywiście było, ale takiego biegania na luzie, bez planu treningowego, bez spiny, bez reguł. Na wakacjach postanowiłem zrealizować jedno z moich marzeń, czyli przebiec cały Półwysep Helski. Super bieg i fajowa przygoda. Praktycznie całą trasę mam do dziś w głowie, ale najbardziej pamiętam minę faceta, który w Helu proponował mi 400 metrową podwózkę meleksem na plażę. Gdy usłyszał ode mnie, że właśnie przybiegłem z Władysławowa i że chyba dam radę jeszcze te kilka metrów zastygł niczym beton w okolicznych bunkrach.

Praktycznie z końcem urlopu miałem zacząć realizować kolejny BPS do Maratonu Warszawskiego – jednak dziwne zawroty głowy pokrzyżowały nieco te plany. Kilka wizyt u różnych specjalistów, trochę nerwów i diagnoza – problemy z błędnikiem. Na szczęście to nic poważnego, po wizycie u laryngologa i niewielkim zabiegu wszystko powoli zaczęło wracać do normy a mi przestało się kręcić w głowie. Niestety prawie miesiąc wyjęty z przygotowań to zbyt dużo aby nadrobić ten czas. Oczywiście dał bym rade przebiec ten maraton, ale wiedziałem, że nie poprawię swojego wiosennego czasu, dlatego zrezygnowałem. Miałem pobiec inny maraton późną jesienią, ale tez się rozmyśliłem. Stwierdziłem, że znów pobiegam trochę szybciej na krótszych dystansach i dzięki temu udało mi się zrobić życiówkę na 10km. 38:05 to oficjalny czas z mojego udziału w Grójeckiej Dysze. 15miejsce open, 3 w kategorii wiekowej, 2 w kategorii mieszkańców Grójca to taka wisienka na torcie minionego sezonu. Co prawda był jeszcze jeden start na 10km w Kozienicach, ale to bardziej bieg towarzyski, niż walka o nową życiówkę – choć do 7km biegłem jak szalony. Później przyszedł czas na roztrenowanie, regenerację i rozpoczęcie kolejnego BPS przed Orlen Marathonem w Warszawie.

Jak widać nie jestem łowcą medali i kolekcjonerem numerów startowych. Cały czas lubię biegać przede wszystkim dla siebie a gdzieś dalej ze względu na życiówki, medale i zamknięte trasy w dużych miastach. Pod tym względem 2016 rok pewnie się nie zmieni. Ja dalej będę tworzył swoją historię a Ty masz wybór – albo będziesz na tę historię czekał albo zrobisz coś swojego – czego Ci oczywiście życzę!

Grójecka Dycha i mój comeback!

Grójecka Dycha i mój comeback!

 

Trochę mnie tutaj nie było. Nie oznacza to, że dałem sobie spokój z bieganiem a swoje buty zawiesiłem na kołku. Nic z tych rzeczy. Biegałem, biegałem i wybiegałem sobie nową życiówkę w półmaratonie i w maratonie na wiosnę, ale to temat na kolejny wpis. Później też biegałem, aż w lipcu zaczęło kręcić mi się w głowie, bynajmniej nie od biegania. Było trochę poważnie ale wyszedłem z tego obronną ręką. Niestety miesiąc przerwy w treningach spowodował, że odpuściłem sobie udział w jesiennym maratonie. Było kilka osób, które namawiały mnie do startu. Niby mógłbym pobiec ale wyniku z kwietnia nie jestem w stanie ruszyć, więc wolę sobie nadal biegać wokół tego mojego Grójca. Tym bardziej teraz, gdy w sadach dużo jabłek i można się czasem nimi poczęstować. Plan jest taki, aby porządnie przepracować zimę i zmierzyć się z maratonem na wiosnę. No ale nie byłbym sobą, gdybym nie pościągał się na krótszym dystansie.

Po wspomnianej przerwie zacząłem biegać mniej ale intensywniej. Trochę więcej interwałów, przebieżek, podbiegów – trochę z chęci nadrobienia strat a trochę z przełamania monotonii w dłuższych biegach. Wiedziałem, że skoro chcę pobiec w jakimś biegu na „dychę”, to ten rodzaj treningów powinien wyjść mi na dobre. Tak też się stało. Otóż w miniona sobotę stanąłem na starcie Grójeckiej Dychy – lokalnego biegu w moim rodzinnym mieście. Była to już 5 edycja. Start uważam za udany, ponieważ trzy razy gościłem na „pudle” – pierwszy raz jako trzeci w kategorii wiekowej, drugi jako trzeci w kategorii mieszkańców powiatu i trzeci tym razem jako drugi mieszkaniec miasta Grójec. O samym biegu nie będę zbyt wiele pisał bo strategia była prosta – żadnych strategii. Po prostu od startu do mety biegłem jak mogłem najszybciej.

Ostatecznie na mecie zameldowałem się po 38:05 – z jednej strony radość, bo nowa życiówka, z drugiej trochę słabo, że nie przybiegłem o te 6 sekund szybciej. No cóż – 3 października będę miał szansę o te 6 sekund powalczyć, ponieważ biegnę 10km w Kozienicach.

BIEG DLA ASI!

Znów się opuściłem w pisaniu na tym blogu. Ale jakiś czas temu stwierdziłem, że nie będę pisał o błahostkach, czy rzeczach tak naturalnych jak kolejne długie niedzielne wybieganie. No chyba, że podczas tego biegu wydarzy się coś spektakularnego. No ale, że w sumie nic się nie dzieje poza szalonym przypływem endorfin, powrotem do domu z lżejszą głową i bardziej pozytywnym nastawieniem do świata, więc nie będę się co chwila dublował, albo pisał ciągle o tym samym używając trochę innych słów.

Zapytacie więc czemu coś tu jednak piszę? Ano właśnie w ostatnią niedzielę i poniedziałek brałem udział w czymś absolutnie fantastycznym i szalonym jednocześnie. Otóż na profilu facebookowym Darka Strychalskiego pojawiła się informacja, że niebawem startuje on w 9 dniowy bieg ze swoich rodzinnych Łap do Poznania. Podane zostały też miejscowości przez które będzie przebiegał i gdzie będzie się zatrzymywał na noc. Na liście wypatrzyłem Tłuszcz. To tam jakieś 15 lat temu podzieliłem moje serce na pół a prawie 10 lat temu brałem tam ślub. Tam mieszkają moi teściowie, rodzina. Tam też biegam sobie czasami w pobliskim lesie, czy po okolicznych miejscowościach. Tak więc gdy tylko zobaczyłem ten przystanek na mapie biegu Darka od razu zapaliła mi się lampka, że może by nie robić niedzielnego wybiegania a pobiec razem z nim 40km z Tłuszcza do Warszawy. Po krótkiej wymianie wiadomości ze „Zwycięzcą” ustaliłem o której ruszamy a przy okazji wyszło, że Darek szuka noclegu. Teściowie nie mieli nic przeciwko gościnie dla dwóch nieznajomych facetów, mi pozostało tylko załatwić urlop.

I tak w niedzielę postanowiłem ruszyć na przygodę. Najpierw PKS, później ZTM a na koniec PKP. Już sama ta podróż wywoływała taki pozytywny dreszczyk emocji. Wszak tego typu środkami transportu, a już każdym z nich w ciągu jednego dnia nie przemieszczałem się chyba ze 20 lat. Jechałem jak na wycieczkę szkolną, z tą różnicą, że nikt nie wymiotował w autobusie i nikt nie zatrzasnął się w pociągowym WC. Na jedną stację przed Tłuszczem dostałem telefon od Mikołaja, który jest szefem całej logistyki podczas tego biegu, że Darek wybiegł właśnie z Łochowa – czyli jest już całkiem blisko. Wstępnie umówiliśmy się, że wybiegnę po nich około 4km. Ale przy takim tempie w jakim przemieszczał się Darek – mógłbym się nie wyrobić. Na szczęście mój teść, to zacny człowiek i zaproponował mi, że podwiezie mnie autem trochę dalej – od razu się zgodziłem, bo wiedziałem, że Darkowi może się przydać towarzystwo – zwłaszcza, że tego dnia miał już prawie 60km w nogach a łącznie prawie 130. Szybkie zakupy na kolację, zmiana ciuchów i ruszyliśmy. Dokładnie 10km od Tłuszcza stał pojazd techniczny z Mikołajem, który czekał na ciągle biegnącego Darka. Chwile pogadaliśmy i nadbiegł Darek, łyk wody i ruszyliśmy razem dalej. Dobrze, że mój teść podpowiedział mi którędy mamy pobiec, aby uniknąć pędzących samochodów, które omal nie muskały naszych rękawów na pierwszych dwóch wspólnych kilometrach. A Darek? Szedł jak burza w tempie prawie 5:30 – co na tak długi dystans jest imponujące, ale Mikołaj nakazał mi go trochę okiełznać. No i gdy wbiegaliśmy do Tłuszcza średnie tempo wyszło na poziomie 6m/km i tak dużo, ale już zdecydowanie lepiej.

1503276_599111983552723_6705958511025291443_n10km od Tłuszcza. Ja startuję, Darek idzie pełną parą! fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

W domu czekała na nas ciepła zupa i jabłecznik mojej teściowej, a później sam zabrałem się za przygotowanie biegowego, kulinarnego klasyka, czyli makaronu ze szpinakiem. Dodałem tam jeszcze kilka bajerów, żeby nie było nudno – chłopaki poprosili o dokładkę, więc chyba im smakowało:) Później trochę pogadaliśmy i poszliśmy spać. Co prawda Darka czekał najkrótszy odcinek na trasie ale nikt nie zamierzał go bagatelizować.

10919024_599426066854648_3665597251999036988_n9 rano. Startujemy! fot. Mikołaj Kowalski-Barysznikow

Rano owsianka i ruszyliśmy punktualnie o godzinie 9 spod stacji PKP w Tłuszczu. Znów teść udzielił mi wskazówek, jak biec aby nie uciekać co chwilę do rowu, żeby przypadkiem nie zostać rozjechanym. I tak trochę polnymi drogami, trochę po lesie ale i trochę ruchliwą trasą Tłuszcz-Wołomin pognaliśmy przed siebie. Pognaliśmy to dobre określenie, bo pierwszy kilometr w tempie 5:15, później już było trochę wolniej ale niewiele. Darek to istny biegowy terminator. Jak tak pędziliśmy miałem w głowie obraz z filmu Terminatora II – tę scenę, jak Arnold wpada pod jakąś prasę, zostaje nią totalnie zwalcowany, ale po jakimś czasie wstaje by siać ostateczne spustoszenie. Dokładnie tak jak Darek, który został „przejechany” 140km dystansem, zjadł makaron, trochę się przespał i biegł tempem, którego często nie osiągają przygotowujący się miesiącami maratończycy. Po 13km zatrzymaliśmy się na gorącą herbatę u rodziny Darka i później ruszyliśmy na Warszawę.

15802_599656670164921_4149939194207133170_n14:00. Plac Zamkowy, biegniemy cały czas – noga w nogę! fot. Piotr Dymus

Mikołaj spisał się idealnie w roli przewodnika, bo prowadził nas, jak po sznurku bocznymi drogami a my mogliśmy czerpać radość z biegu a nie uskakiwać przed pędzącymi szaleńcami. W Ząbkach czekała na nas telewizja, bo przecież fame musi się zgadzać:) Później jeszcze spotkanie pod Kolumną Zygmunta z grupą łódzkich emerytów, którzy gdy się dowiedzieli o tym szalonym biegu przestali słuchać przewodnika i celebrowali z nami zakończenie kolejnego etapu. Co prawda to nie był taki oficjalny koniec, bo zrobiliśmy jeszcze rundkę honorową z transparentem do ronda „Miami” aka Rondo Charlesa De Gaulle’a a ja później jeszcze zaserwowałem sobie 5km dokładkę z plecakiem do pracy mojej żony, gdzie czekał na mnie samochód. Trasa minęła nam nie wiadomo kiedy, a Darek zapytany jak mu się biegło – odpowiedział „Myślałem, że dzisiaj gorzej będzie, ale leciało się… bajera!”. Mi też się leciało bajera! Raz, że w szczytnym celu, dwa, że w przesympatycznym towarzystwie a trzy, że ten bieg uświadomił mi, że spokojnie mogę myśleć o startach na dystansach ultra – bo po przebiegnięciu prawie 50km czułem się wyśmienicie.

10923632_599657136831541_7120726462491903047_nRunda honorowa z transparentem. fot. Piotr Dymus

Ale! Ale! Nie napisałem nic o tym, dlaczego Darek biegnie te 500km z Łap akurat do Poznania. Otóż Darek pod koniec ubiegłego roku założył fundację i tym biegiem chce nagłośnić zbiórkę pieniędzy na zabieg przeszczepienia komórek macierzystych swojej podopiecznej Asi Serdyńskiej. Więcej szczegółów znajdziecie tu: http://www.magazynbieganie.pl/darek-zwyciezca-strychalski-rusza-polske/

Wy też macie możliwość wesprzeć ten cel. Brakuje zaledwie 5 tyś, wiec przecież to tak niewiele a może sprawić, że będzie się działo tak wiele! Chciałbym kiedyś pobiec razem z Asią i Darkiem – szczerze w to wierzę a teraz loguję się na swoje konto, żeby zrobić przelew – mam nadzieję, że robicie to samo!

Wspomóż Asię Serdyńską! Przywróć jej moc!

Wszyscy przyjaciele Fundacji, Darka i Asi mogą pomóc uzbierać brakujące 5 tysięcy złotych na zabieg. Przyda się oczywiście każda kwota. Pieniądze wpłacajcie na konto Fundacji Darka Strychalskiego „Zwycięzca” w Banku PKO BP nr 26 1020 1156 0000 7502 0132 7527 z tytułem przelewu: „Dla Asi”.

Trening mentalny

„Tre­ning zaj­mu­je się nie obiek­tem, ale duchem człowieka i emoc­ja­mi człowieka”.                                                                                                                Bruce Lee

W ubiegłym tygodniu miałem problem z tym aby wyjść na trening. Po pierwsze padało, po drugie wiało, po trzecie było cholernie zimno. Cały zestaw bodźców, które napędzają tę bardziej leniwą półkulę twojego mózgu. Od razu w twojej głowie pojawia się głos, który wybrzmiewa proste sekwencje – nie idź na trening, po co ci to, zostań w domu, na dworze jest niemiło, to nie jest pogoda na bieganie. Od razu jesteś skołowany i zaczynasz ulegać tym pokusom. W miniony wtorek walczyłem z takim głosem ale jestem dumny bo tę walkę wygrałem. Co prawda miotałem się po mieszkaniu, podchodziłem a to do jednego a to do drugiego okna z nadzieją, że może jednak nie pada, że może nie wieje, że może nagle chmury znikną i zrobi się przyjemniej. Niestety pogoda się nie zmieniała i nic się na to nie zanosiło. Za to druga półkula mojego mózgu zaczynała brać górę, więc szybko ubrałem się w odpowiedni strój, założyłem buty i wyszedłem z mieszkania. Pierwszy krok był za mną, drugi za chwilę również. Gdy wyszedłem na zewnątrz budynku znów zacząłem się zastanawiać co ja tu robię, ale podświadomie nogi same ruszyły i za chwilę byłem już ponad kilometr od domu. Spodnie szybko przemiękły a ja trochę się o dziwo zgrzałem, bo nie ukrywam, że nieco przesadziłem z ilością warstw mojego ubrania. Po około trzech kilometrach nic mi już nie przeszkadzało. Biegło mi się nawet całkiem dobrze. Powoli zaczynałem odczuwać pewne zwycięstwo. Dotarło do mnie, że właśnie zaliczyłem wspaniały trening mentalny. Przed chwilą myślałem, że nie dam rady, że mi się nie chce a teraz biegłem i wszystko to, co jeszcze przed chwilą mnie zatrzymywało, nagle przestało istnieć. Pomyślałem sobie, że ta forma treningu jest bardzo ważna, jak nie najważniejsza. Bo kiedy na zawodach wydaje Ci się, że nie masz już sił, że nie dasz rady, to zawsze możesz sięgnąć pamięcią, że przecież podobny element już kiedyś ćwiczyłeś i ci się udało.

Trenuj swój umysł, nie tylko ciało – to bardzo ważne!

Maratoński spokój.

„Jedyną drogą rozwoju jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, jedyną miarą sukcesu jest wysiłek jaki włożyliśmy aby go osiągnąć.” Bruce Lee

Powyższe słowa towarzyszą mi od jakiegoś czasu. W bieganiu, jak też w wielu innych dziedzinach życia, nic nie bierze się znikąd. Aby osiągnąć coś, co nas szczerze będzie cieszyć musimy wcześniej solidnie na to zapracować. Moje kolejne sukcesy biegowe staram się opierać na ciągłym podnoszeniu poprzeczki. Nie liczę na fart, albo, że coś się po prostu uda. Farta można mieć grając w totka ale w bieganiu musisz wylać trochę potu na treningach, żeby w dniu próby osiągnąć sukces. Nigdy nie byłem fanem stawiania sobie wyśrubowanych celów, w moim bieganiu nie o to chodzi, aby się zajechać. Za bardzo to lubię, aby obrzydzić sobie tę aktywność zbyt wyśrubowanym planem, tak jak i nie do zaakceptowania jest zbyt wygórowany cel pozbawiony odpowiedniego przygotowania. Podczas mojego debiutu popełniłem błąd, który pewnie popełnia większość maratończyków startujących na królewskim dystansie – otóż przygotowany na czas 3:30 chciałem pognać na 3:15. Pierwsza połowa poszła gładko, czego nie mogę powiedzieć o tej drugiej. Podczas kolejnego biegu już było inaczej. Za cel wziąłem sobie czas 3:25, biegłem rozważnie, równym tempem, razem z zającem. Na ostatnich kilometrach nieco przyspieszyłem i udało mi się wyszarpać czas lepszy od zakładanego. Niestety znów popełniłem błąd, mało piłem, mało jadłem i ani razu nie polałem się wodą. Efekt był taki, że na trasie nie miałem żadnej ściany, ale po przekroczeniu linii mety myślałem, że trafię na oddział intensywnej terapii. W kolejnej próbie trochę za namową kolegi wyznaczyłem sobie zbyt ambitny cel, czyli 3:15. Na metę dotarłem z czasem 3:18:50. Po drodze zaliczona odcinka na 38km, drobna kontuzja stopy i chyba zbyt duża ilość wypitych płynów i znów ani razu nie polałem się wodą.

W ostatnią niedzielę stwierdziłem, że nie chcę sobie stawiać wyśrubowanego celu i że zrealizowanie tych 3:15 będzie dla mnie wielkim sukcesem, bo w pamięci miałem ból na trasie kwietniowego maratonu. Może nie trenowałem jakoś szczególnie mocno do tego biegu, może też nie oszalałem na punkcie przygotowania żywieniowego. Postawiłem za to na rozsądek i przede wszystkim mentalne przygotowanie. Starałem się nie rozmyślać zbyt dużo na temat samej trasy i celu jaki sobie postawiłem. Tuż przed startem dwóch kolegów z drużyny podeszło do mnie i powiedziało, że będą próbowali pobiec na czas 3:10. Nie powiem, że nie pojawiła się taka myśl, aby zabrać się z nimi, ale po chwili rozsądek wziął górę i postanowiłem jednak trzymać się zająca na 3:15. Pogoda była super, może za dużo słońca, ale chłodny wiatr nie pozwalał odczuwać dyskomfortu termicznego. Jednak na wszelki wypadek postanowiłem przy każdym wodopoju polewać się wodą. Pić niewiele, ale na każdym przystanku i jednocześnie wylewać na siebie sporo wody. I tak piłem pół kubka, a półtora wylewałem na siebie. Zadziałało! Tak jak i żele, które aplikowałem co 10km do 30km i ostatni na 35. Cały czas biegłem równo z zającem ale na 36 kilometrze wysunąłem się nieco przed grupę i uciąłem krótką pogawędkę z innym biegaczem, który stwierdził, że ja to wyglądam świeżo i pewnie jeszcze będę walczył, bo on już nie zamierza. Stwierdziłem, że zaryzykuję, jak nie teraz to kiedy. Te słowa o świeżym wyglądzie nieco mnie podbudowały a wewnętrzny głos podpowiadał, że tak właśnie jest. Trudno w to uwierzyć, ale na 38km czułem się bardzo dobrze i zacząłem biec tempem, prawie takim, jak tydzień wcześniej w biegu na 10km. Przed 40km czekała na mnie żona, więc jej widok też mnie uskrzydlił i wiedziałem, że ten maraton zakończę pełnym sukcesem. Widok kolejnych biegaczy, których wyprzedzałem i którzy mieli już dość biegania w to niedzielne popołudnie strasznie mnie fascynował, bo pierwszy raz to ja wyprzedzałem w tym miejscu a nie byłem wyprzedzany. Jeszcze tylko 300 metrów, tunel pod Stadionem Narodowym i widok dopingujących kibiców sprawił, że nie biegłem lecz wręcz unosiłem się nad ziemią a uśmiech nie znikał z mojej twarzy. To było niesamowite przeżycie! Gdy na zegarze odliczającym czas zobaczyłem 3:13:22 dotarło do mnie, że osiągnąłem swój cel z nawiązką. Metę przekroczyłem z czasem brutto 3:13:32 ale łzy szczęścia popłynęły, gdy dostałem smsa z wynikiem netto 3:12:52. Czas lepszy o 6 minut od ostatniego maratonu i to czas zrealizowany w tak pięknym stylu, bez ściany, bez kryzysów i w ostatniej fazie z uśmiechem na ustach.

Nie wiem co jest podstawą tego niedzielnego sukcesu ale wiem jedno – owszem poprzeczkę trzeba sobie stawiać co raz wyżej, trzeba wkładać wysiłek w osiągnięcie sukcesu ale też trzeba słuchać swojego organizmu, zachowywać rozsądek i dbać o wewnętrzny spokój. Z takim podejściem wystartuję pewnie w kolejnym maratonie!

Z ostatniej chwili: Ekipa VEGE RUNNERS, w której miałem zaszczyt biec zajęła 6 miejsce w klasyfikacji drużynowej 36 Maratonu Warszawskiego – sukces razy dwa!:)

_IMG9487

Biegniemy sobie, 12 km, pełen luz:)

„Ja bym tak nie mógł”!

„Ja bym tak nie mógł” to zdanie słyszę tak często, jak tylko opowiadam komuś o sobie. Wydawałoby się, że jestem kimś wyjątkowym i potwierdzam, tak jestem kimś wyjątkowym ale sam dla siebie. Nie robię nic nadzwyczajnego. Staram się żyć w zgodzie z samym sobą i z otaczającym mnie światem. Ponad 15 lat temu postanowiłem nie jeść mięsa i dobrze mi z tym. Nie wiązało się to z jakąś heroiczną walką, wyrzeczeniami, czy odmawianiem sobie czegoś. Wystarczy uświadomić sobie jeden bardzo ważny fakt – nam ludziom mięso nie jest do niczego potrzebne, więc po co je jeść a tym samym sponsorować ten okrutny proceder jakim jest produkcja zwierząt. Tak, ubierzmy to w prawdziwe słowa, to nie jest hodowla, to jest produkcja, tak jak każda inna, gdzie najważniejszy jest rachunek zysków i strat a nie dobrostan zwierząt. Nie będę się rozpisywał o szczegółach, niech każdy sam się przez chwilę nad tym zastanowi skąd bierze się schabowy, golonka czy inna szynka na śniadaniowej kanapce. Podpowiadam – ona nie bierze się ze sklepu! Ale jest mnóstwo innych produktów, które są idealne do tego, aby zapewnić nam normalne funkcjonowanie a przy tym nie ociekają krwią, są zdrowsze i często o wiele tańsze. No „ale ja bym tak nie mógł”. No właśnie a próbowałeś? Nie, bo w większości z nas siedzi leń, a leń jak wiadomo nie lubi zmian, lubi tkwić w swoim lenistwie i nie wychodzić poza swoją strefę wyimaginowanego komfortu. Dlatego od czasu do czasu warto przegonić tego szkodnika i spróbować czegoś nowego. Ile razy w tygodniu jesz tradycyjne śniadanie w postaci bułki i kawałka wędliny? Pewnie wiele. Dlaczego? Bo jest szybko, łatwo i wygodnie. Czyli jest wszystko to, co leń uwielbia. A gdyby tak zaryzykować i zamiast tych kanapek zrobić sobie jaglankę. Przygotowanie jej zajmuje 20 minut, może trochę więcej niż przygotowanie bułek z masłem i kiełbasą ale to przecież tylko 20 minut. Do jaglanki dodajesz ulubione bakalie i świeże owoce i masz pełnowartościowy posiłek o wiele zdrowszy od tej nudnej kanapki. Samiec alfa pomyśli – zaraz zaraz, ja i jaglanka? Przecież jak nie zjem kawałka mięsa, to nie będę miał siły. A sprawdzałeś? Uspokajam Cię samcze, będziesz jej miał pod dostatkiem. I tu pojawia się kolejny aspekt – wysiłek. Wiele osób uważa, że dieta oparta o produkty roślinne jest dla wątłych, wychudzonych oszołomów a nie dla ludzi, którzy potrzebują mieć siłę. Otóż ja tej siły potrzebuję sporo, bo sporo też biegam. No i znów się pojawia magiczne „ja bym tak nie mógł” – więc odpowiadam – a próbowałeś? No właśnie. Ja nie potrzebuję Twojego podziwu, ale mocno wierzę, że właśnie byś mógł. Wystarczy przeskoczyć tę jedną barierę, która powstrzymuje nas od zrobienia kroku w nieznane. Gdybym nie spróbował wegetarianizmu, nigdy bym się nie przekonał o jego zaletach, gdybym nie wyszedł kiedyś na stadion pobiegać, pewnie do dziś siedziałbym przed telewizorem katując się serwisami informacyjnymi na przemian z tanią masową rozrywką. Tak wiele od nas zależy. Szkoda, że tak często władzę nad nami samymi oddajemy wspomnianemu leniowi. I znów słyszę „ ja bym tak nie mógł” – nie jeść mięsa, biegać, gotować, wychowywać dziecko, pracować. „Trzeba mieć na to sporo wolnego czasu” – słyszę to bardzo często. No właśnie wszystko zależy od nas, co dla nas jest priorytetem, czy zdrowy posiłek w pracy, czy kolejny odcinek opery mydlanej. Wtedy kiedy Ty zalegasz na kanapie, ja gotuję. W pracy ja jem zdrowe rzeczy, Ty zamawiasz kebab lub inną paszę, bo z jedzeniem ma to niewiele wspólnego. Wtedy gdy ja biegam, Ty albo już śpisz, albo wkurzasz się na kolejne newsy w telewizji informacyjnej. Kiedy ja zarządzam swoim czasem, Ty taplasz się w błogim bagienku lenistwa. Owszem masz do tego prawo – tylko następnym razem nie mów mi – „ja bym tak nie mógł”
W życiu ważne są dwie rzeczy – dobre jedzenie i spokój umysłu. Pamiętaj, że Twój wewnętrzny leń nie zapewni Ci ani jednego, ani drugiego. Chcesz być wyjątkowy – wystarczy, że go pogonisz i zrobisz jeden mały krok w nieznane. To działa – uwierz mi!IMAG0064

Idealna propozycja na drugie śniadanie w pracy (od dołu do góry):

Mix płatków owsianych, żytnich, orkiszowych, rodzynki, zmielony mak, daktyle, jagody goji, orzechy nerkowca, cynamon – wszystko to zalane mlekiem ryżowym. Dalej jest kasza jaglana ugotowana na mleku sojowym i jogurt Alpro o smaku truskawki i rabarbaru i świeże maliny.

Po tak pysznym posiłku o kolejnym jedzeniu możesz nie myśleć przez następne pół dnia! Prawda, że lepsze niż nudne kanapki?