Trening mentalny

„Tre­ning zaj­mu­je się nie obiek­tem, ale duchem człowieka i emoc­ja­mi człowieka”.                                                                                                                Bruce Lee

W ubiegłym tygodniu miałem problem z tym aby wyjść na trening. Po pierwsze padało, po drugie wiało, po trzecie było cholernie zimno. Cały zestaw bodźców, które napędzają tę bardziej leniwą półkulę twojego mózgu. Od razu w twojej głowie pojawia się głos, który wybrzmiewa proste sekwencje – nie idź na trening, po co ci to, zostań w domu, na dworze jest niemiło, to nie jest pogoda na bieganie. Od razu jesteś skołowany i zaczynasz ulegać tym pokusom. W miniony wtorek walczyłem z takim głosem ale jestem dumny bo tę walkę wygrałem. Co prawda miotałem się po mieszkaniu, podchodziłem a to do jednego a to do drugiego okna z nadzieją, że może jednak nie pada, że może nie wieje, że może nagle chmury znikną i zrobi się przyjemniej. Niestety pogoda się nie zmieniała i nic się na to nie zanosiło. Za to druga półkula mojego mózgu zaczynała brać górę, więc szybko ubrałem się w odpowiedni strój, założyłem buty i wyszedłem z mieszkania. Pierwszy krok był za mną, drugi za chwilę również. Gdy wyszedłem na zewnątrz budynku znów zacząłem się zastanawiać co ja tu robię, ale podświadomie nogi same ruszyły i za chwilę byłem już ponad kilometr od domu. Spodnie szybko przemiękły a ja trochę się o dziwo zgrzałem, bo nie ukrywam, że nieco przesadziłem z ilością warstw mojego ubrania. Po około trzech kilometrach nic mi już nie przeszkadzało. Biegło mi się nawet całkiem dobrze. Powoli zaczynałem odczuwać pewne zwycięstwo. Dotarło do mnie, że właśnie zaliczyłem wspaniały trening mentalny. Przed chwilą myślałem, że nie dam rady, że mi się nie chce a teraz biegłem i wszystko to, co jeszcze przed chwilą mnie zatrzymywało, nagle przestało istnieć. Pomyślałem sobie, że ta forma treningu jest bardzo ważna, jak nie najważniejsza. Bo kiedy na zawodach wydaje Ci się, że nie masz już sił, że nie dasz rady, to zawsze możesz sięgnąć pamięcią, że przecież podobny element już kiedyś ćwiczyłeś i ci się udało.

Trenuj swój umysł, nie tylko ciało – to bardzo ważne!

Maratoński spokój.

„Jedyną drogą rozwoju jest ciągłe podnoszenie poprzeczki, jedyną miarą sukcesu jest wysiłek jaki włożyliśmy aby go osiągnąć.” Bruce Lee

Powyższe słowa towarzyszą mi od jakiegoś czasu. W bieganiu, jak też w wielu innych dziedzinach życia, nic nie bierze się znikąd. Aby osiągnąć coś, co nas szczerze będzie cieszyć musimy wcześniej solidnie na to zapracować. Moje kolejne sukcesy biegowe staram się opierać na ciągłym podnoszeniu poprzeczki. Nie liczę na fart, albo, że coś się po prostu uda. Farta można mieć grając w totka ale w bieganiu musisz wylać trochę potu na treningach, żeby w dniu próby osiągnąć sukces. Nigdy nie byłem fanem stawiania sobie wyśrubowanych celów, w moim bieganiu nie o to chodzi, aby się zajechać. Za bardzo to lubię, aby obrzydzić sobie tę aktywność zbyt wyśrubowanym planem, tak jak i nie do zaakceptowania jest zbyt wygórowany cel pozbawiony odpowiedniego przygotowania. Podczas mojego debiutu popełniłem błąd, który pewnie popełnia większość maratończyków startujących na królewskim dystansie – otóż przygotowany na czas 3:30 chciałem pognać na 3:15. Pierwsza połowa poszła gładko, czego nie mogę powiedzieć o tej drugiej. Podczas kolejnego biegu już było inaczej. Za cel wziąłem sobie czas 3:25, biegłem rozważnie, równym tempem, razem z zającem. Na ostatnich kilometrach nieco przyspieszyłem i udało mi się wyszarpać czas lepszy od zakładanego. Niestety znów popełniłem błąd, mało piłem, mało jadłem i ani razu nie polałem się wodą. Efekt był taki, że na trasie nie miałem żadnej ściany, ale po przekroczeniu linii mety myślałem, że trafię na oddział intensywnej terapii. W kolejnej próbie trochę za namową kolegi wyznaczyłem sobie zbyt ambitny cel, czyli 3:15. Na metę dotarłem z czasem 3:18:50. Po drodze zaliczona odcinka na 38km, drobna kontuzja stopy i chyba zbyt duża ilość wypitych płynów i znów ani razu nie polałem się wodą.

W ostatnią niedzielę stwierdziłem, że nie chcę sobie stawiać wyśrubowanego celu i że zrealizowanie tych 3:15 będzie dla mnie wielkim sukcesem, bo w pamięci miałem ból na trasie kwietniowego maratonu. Może nie trenowałem jakoś szczególnie mocno do tego biegu, może też nie oszalałem na punkcie przygotowania żywieniowego. Postawiłem za to na rozsądek i przede wszystkim mentalne przygotowanie. Starałem się nie rozmyślać zbyt dużo na temat samej trasy i celu jaki sobie postawiłem. Tuż przed startem dwóch kolegów z drużyny podeszło do mnie i powiedziało, że będą próbowali pobiec na czas 3:10. Nie powiem, że nie pojawiła się taka myśl, aby zabrać się z nimi, ale po chwili rozsądek wziął górę i postanowiłem jednak trzymać się zająca na 3:15. Pogoda była super, może za dużo słońca, ale chłodny wiatr nie pozwalał odczuwać dyskomfortu termicznego. Jednak na wszelki wypadek postanowiłem przy każdym wodopoju polewać się wodą. Pić niewiele, ale na każdym przystanku i jednocześnie wylewać na siebie sporo wody. I tak piłem pół kubka, a półtora wylewałem na siebie. Zadziałało! Tak jak i żele, które aplikowałem co 10km do 30km i ostatni na 35. Cały czas biegłem równo z zającem ale na 36 kilometrze wysunąłem się nieco przed grupę i uciąłem krótką pogawędkę z innym biegaczem, który stwierdził, że ja to wyglądam świeżo i pewnie jeszcze będę walczył, bo on już nie zamierza. Stwierdziłem, że zaryzykuję, jak nie teraz to kiedy. Te słowa o świeżym wyglądzie nieco mnie podbudowały a wewnętrzny głos podpowiadał, że tak właśnie jest. Trudno w to uwierzyć, ale na 38km czułem się bardzo dobrze i zacząłem biec tempem, prawie takim, jak tydzień wcześniej w biegu na 10km. Przed 40km czekała na mnie żona, więc jej widok też mnie uskrzydlił i wiedziałem, że ten maraton zakończę pełnym sukcesem. Widok kolejnych biegaczy, których wyprzedzałem i którzy mieli już dość biegania w to niedzielne popołudnie strasznie mnie fascynował, bo pierwszy raz to ja wyprzedzałem w tym miejscu a nie byłem wyprzedzany. Jeszcze tylko 300 metrów, tunel pod Stadionem Narodowym i widok dopingujących kibiców sprawił, że nie biegłem lecz wręcz unosiłem się nad ziemią a uśmiech nie znikał z mojej twarzy. To było niesamowite przeżycie! Gdy na zegarze odliczającym czas zobaczyłem 3:13:22 dotarło do mnie, że osiągnąłem swój cel z nawiązką. Metę przekroczyłem z czasem brutto 3:13:32 ale łzy szczęścia popłynęły, gdy dostałem smsa z wynikiem netto 3:12:52. Czas lepszy o 6 minut od ostatniego maratonu i to czas zrealizowany w tak pięknym stylu, bez ściany, bez kryzysów i w ostatniej fazie z uśmiechem na ustach.

Nie wiem co jest podstawą tego niedzielnego sukcesu ale wiem jedno – owszem poprzeczkę trzeba sobie stawiać co raz wyżej, trzeba wkładać wysiłek w osiągnięcie sukcesu ale też trzeba słuchać swojego organizmu, zachowywać rozsądek i dbać o wewnętrzny spokój. Z takim podejściem wystartuję pewnie w kolejnym maratonie!

Z ostatniej chwili: Ekipa VEGE RUNNERS, w której miałem zaszczyt biec zajęła 6 miejsce w klasyfikacji drużynowej 36 Maratonu Warszawskiego – sukces razy dwa!:)

_IMG9487

Biegniemy sobie, 12 km, pełen luz:)

„Ja bym tak nie mógł”!

„Ja bym tak nie mógł” to zdanie słyszę tak często, jak tylko opowiadam komuś o sobie. Wydawałoby się, że jestem kimś wyjątkowym i potwierdzam, tak jestem kimś wyjątkowym ale sam dla siebie. Nie robię nic nadzwyczajnego. Staram się żyć w zgodzie z samym sobą i z otaczającym mnie światem. Ponad 15 lat temu postanowiłem nie jeść mięsa i dobrze mi z tym. Nie wiązało się to z jakąś heroiczną walką, wyrzeczeniami, czy odmawianiem sobie czegoś. Wystarczy uświadomić sobie jeden bardzo ważny fakt – nam ludziom mięso nie jest do niczego potrzebne, więc po co je jeść a tym samym sponsorować ten okrutny proceder jakim jest produkcja zwierząt. Tak, ubierzmy to w prawdziwe słowa, to nie jest hodowla, to jest produkcja, tak jak każda inna, gdzie najważniejszy jest rachunek zysków i strat a nie dobrostan zwierząt. Nie będę się rozpisywał o szczegółach, niech każdy sam się przez chwilę nad tym zastanowi skąd bierze się schabowy, golonka czy inna szynka na śniadaniowej kanapce. Podpowiadam – ona nie bierze się ze sklepu! Ale jest mnóstwo innych produktów, które są idealne do tego, aby zapewnić nam normalne funkcjonowanie a przy tym nie ociekają krwią, są zdrowsze i często o wiele tańsze. No „ale ja bym tak nie mógł”. No właśnie a próbowałeś? Nie, bo w większości z nas siedzi leń, a leń jak wiadomo nie lubi zmian, lubi tkwić w swoim lenistwie i nie wychodzić poza swoją strefę wyimaginowanego komfortu. Dlatego od czasu do czasu warto przegonić tego szkodnika i spróbować czegoś nowego. Ile razy w tygodniu jesz tradycyjne śniadanie w postaci bułki i kawałka wędliny? Pewnie wiele. Dlaczego? Bo jest szybko, łatwo i wygodnie. Czyli jest wszystko to, co leń uwielbia. A gdyby tak zaryzykować i zamiast tych kanapek zrobić sobie jaglankę. Przygotowanie jej zajmuje 20 minut, może trochę więcej niż przygotowanie bułek z masłem i kiełbasą ale to przecież tylko 20 minut. Do jaglanki dodajesz ulubione bakalie i świeże owoce i masz pełnowartościowy posiłek o wiele zdrowszy od tej nudnej kanapki. Samiec alfa pomyśli – zaraz zaraz, ja i jaglanka? Przecież jak nie zjem kawałka mięsa, to nie będę miał siły. A sprawdzałeś? Uspokajam Cię samcze, będziesz jej miał pod dostatkiem. I tu pojawia się kolejny aspekt – wysiłek. Wiele osób uważa, że dieta oparta o produkty roślinne jest dla wątłych, wychudzonych oszołomów a nie dla ludzi, którzy potrzebują mieć siłę. Otóż ja tej siły potrzebuję sporo, bo sporo też biegam. No i znów się pojawia magiczne „ja bym tak nie mógł” – więc odpowiadam – a próbowałeś? No właśnie. Ja nie potrzebuję Twojego podziwu, ale mocno wierzę, że właśnie byś mógł. Wystarczy przeskoczyć tę jedną barierę, która powstrzymuje nas od zrobienia kroku w nieznane. Gdybym nie spróbował wegetarianizmu, nigdy bym się nie przekonał o jego zaletach, gdybym nie wyszedł kiedyś na stadion pobiegać, pewnie do dziś siedziałbym przed telewizorem katując się serwisami informacyjnymi na przemian z tanią masową rozrywką. Tak wiele od nas zależy. Szkoda, że tak często władzę nad nami samymi oddajemy wspomnianemu leniowi. I znów słyszę „ ja bym tak nie mógł” – nie jeść mięsa, biegać, gotować, wychowywać dziecko, pracować. „Trzeba mieć na to sporo wolnego czasu” – słyszę to bardzo często. No właśnie wszystko zależy od nas, co dla nas jest priorytetem, czy zdrowy posiłek w pracy, czy kolejny odcinek opery mydlanej. Wtedy kiedy Ty zalegasz na kanapie, ja gotuję. W pracy ja jem zdrowe rzeczy, Ty zamawiasz kebab lub inną paszę, bo z jedzeniem ma to niewiele wspólnego. Wtedy gdy ja biegam, Ty albo już śpisz, albo wkurzasz się na kolejne newsy w telewizji informacyjnej. Kiedy ja zarządzam swoim czasem, Ty taplasz się w błogim bagienku lenistwa. Owszem masz do tego prawo – tylko następnym razem nie mów mi – „ja bym tak nie mógł”
W życiu ważne są dwie rzeczy – dobre jedzenie i spokój umysłu. Pamiętaj, że Twój wewnętrzny leń nie zapewni Ci ani jednego, ani drugiego. Chcesz być wyjątkowy – wystarczy, że go pogonisz i zrobisz jeden mały krok w nieznane. To działa – uwierz mi!IMAG0064

Idealna propozycja na drugie śniadanie w pracy (od dołu do góry):

Mix płatków owsianych, żytnich, orkiszowych, rodzynki, zmielony mak, daktyle, jagody goji, orzechy nerkowca, cynamon – wszystko to zalane mlekiem ryżowym. Dalej jest kasza jaglana ugotowana na mleku sojowym i jogurt Alpro o smaku truskawki i rabarbaru i świeże maliny.

Po tak pysznym posiłku o kolejnym jedzeniu możesz nie myśleć przez następne pół dnia! Prawda, że lepsze niż nudne kanapki?

Każdy ma taki Badwater, na jaki mu głowa pozwala.

Właśnie się zorientowałem, że ostatni wpis na blogu pochodzi z maja. Przez ten czas się nie obijałem, wręcz przeciwnie sporo się u mnie działo, zwłaszcza w tym nie biegowym życiu. Na szczęście już jest trochę spokojniej, więc mogę sobie tutaj pozwolić na trochę pisaniny.
Przygotowuję się właśnie do kilku jesiennych startów na dystansie 10km, półmaratonu i maratonu, więc trochę „orania” musi być, zwłaszcza, jak jest plan, żeby urwać trochę z dotychczasowych życiówek. Pierwsze regularne treningi były niezłą katorgą, ale teraz już jest lepiej, bo powoli wpadłem w BPS-owy rytm. Widzę też postępy, więc wszystko idzie w dobrym kierunku. Chociaż dziś miałem chwilę zwątpienia.
Ale po kolei. Jak pewnie większość z Was wie, kilka dni temu Darek Strychalski przebiegł trasę Badwater – ultra maratonu określanego mianem najtrudniejszego biegu wytrzymałościowego na świecie. Nie powiem trzymałem kciuki za skurczybyka, bo to naprawdę sympatyczny gość i po tym, co mu się przydarzyło dwa lata temu na trasie tego samego biegu, połowa, jak nie cały biegowy światek kibicował Darkowi, aby ten ukończył to mordercze wyzwanie. No i to zrobił, po wielu kryzysach, bólach i mękach zrealizował swoje marzenie.
Jak trudny jest to bieg można sobie tylko wyobrazić. Ja postanowiłem dziś sprawdzić, jak to jest przebiec ponad 20km w ponad 30 stopniowym upale. W porównaniu do temperatur w Dolinie Śmierci, gdzie rozgrywany jest Badwater, można powiedzieć, że te 30 stopni, to przyjemny chłodek. No ale dla takiego leszcza jak ja, to dosyć wysoka temperatura, zwłaszcza, że nigdy w takiej nie biegłem takiego dystansu. A dystans też znikomy w porównaniu z tym z Badwater – zaledwie 1/10.

2014-07-27 12.43.58Prawda, że piękna ta Pilica?

Trasę zaplanowałem dosyć spontanicznie i miała ona przebiegać po okolicy, w której się wychowałem. Na początku sporo asfaltu a później bieg doliną rzeki Pilica, by znów wrócić na rozgrzany asfalcik. Zacząłem jak zwykle za szybko. Autentycznie, to co mnie najbardziej wkurza w tym moim bieganiu, to brak umiejętności wolnego biegania. Nie żebym był jakimś szybkim biegaczem, ale na mój poziom wytrenowania, biegam czasami zdecydowanie za szybko, a to daje później opłakany skutek. Zabrałem ze sobą litr płynów, sezamki i baton z orzechów nerkowca. Zazwyczaj, gdy biegam w niższych temperaturach – taki dystans pokonuję bez żadnego prowiantu ani wody. Jednak dziś mieliśmy ponad 30 stopni w cieniu, było samo południe, więc trzeba być idiotą aby nie zabrać ze sobą niczego co by nawilżyło nasz organizm. Pierwsza dycha pękła w zawrotnym tempie – biorąc pod uwagę temperaturę, powinienem biec o co najmniej minutę na kilometr wolniej. Ale co to dla takiego ułana, jak ja. „Szable do boju, lance w dłoń, bolszewika goń goń goń”. Czułem się całkiem dobrze, ale wiedziałem, że najgorsze jeszcze przede mną, ponieważ teraz zbiegałem w dolinę Pilicy, a w głowie siedziała myśl, że za kilka kilometrów trzeba będzie się z tej doliny wygramolić. Biegnąc tuż obok rzeki, nogi same rwały do przodu, a w głowie endorfiny buzowały, jak szalone. W momencie kiedy skończyła się dobra droga a zaczął się regularny trail z błotem, gałęziami, pokrzywami – endorfinki jakby buzowały trochę mniej, a w pewnym momencie, jakby w ogóle wyparowały.

2014-07-27 13.00.16Fajne bajoro?

No ale gdy przebiłem się przez ten „busz” niczym Arnold w Predatorze, zaczęło się niezłe wspinanko, które solidnie mnie wypompowało. Myślałem, że w lesie będzie odrobinę chłodniej – nic z tych rzeczy. Co prawda słońce nie operowało tak bardzo, ale miałem wrażenie, jakby ktoś odessał tlen z powietrza. Momentami był taki zaduch, że nawet robiąc solidne wdechy nie czułem żadnej różnicy gdy oddychałem normalnie. Jakoś jednak udało mi się wydostać z doliny i znów wpadłem na patelnię w postaci rozgrzanej i mięciutkiej masy asfaltu. Tu jednak pojawiło się kolejne utrudnienie. Otóż lokalni Janusze jadący swoimi wyglancowanymi brykami na wypoczynek nad rzekę mieli sporą ochotę, abym to ja stał się ostatnim szlifem w polerce ich podstarzałych maszyn z Bawarii, czy też innych „baleronów”. Dało się zauważyć, że w okolicy niemiecka motoryzacja cieszy się sporym wzięciem – zwłaszcza ta z poprzedniego stulecia. Na szczęście, żaden Janusz nie urwał sobie o mnie lusterka. Ale co się na nich nabluzgałem – to moje:) Gdy skręciłem z tej dosyć ruchliwej drogi w nieco spokojniejszą – zaczęły się schody, a raczej górki, na które jakoś nie miałem już ochoty. Patelnia, swoje w nogach, mało płynu, więc przeszedłem do marszu. No ale co chwila nogi rwały do przodu, tylko głowa zostawała w tyle. Na szczęście jakoś udało mi się doczłapać do domu. 2 wiadra zimnej wody prosto ze studni, przywróciły mnie do żywych, później obiadek u mamy i zasłużony odpoczynek.

2014-07-27 14.06.00Żywy trup, po dwóch wiadrach:)

Kończąc ten mój trochę przy długi opis na usta ciśnie mi się jedno. Możemy być super wytrenowani, biegać często długie dystanse, ale jeśli nie wytrenujemy głowy – to dupa blada. Nogi staną w miejscu i jest pozamiatane.
Bieganie w ciepełku też może być fajne, tylko w takiej sytuacji trzeba biec bardziej głową, niż nogami. Ciekawe co o tym myśli Darek? – na pewno go o to spytam, jeśli napatoczy się tylko taka okazja!

Soultraveler mówi jak jest:)

Przyszedł czas, aby wyjść ze swoim wegetarianizmem poza logo na mojej koszulce. Za tydzień w niedzielę postaram się przybliżyć tematykę związaną z dietą bezmięsną. Ogólnie z „czym ten wegetarianizm się je” oraz pod kątem codziennych treningów i tego, jak sobie radzić z zapotrzebowaniem na dobre paliwo.
Decyzję o tym podjąłem bardzo spontanicznie i teraz się zastanawiam, czy dam radę – no ale pocieszam się, że przecież nie jestem politykiem i nie muszę robić z siebie idioty. To będzie wykład o tym, co robię przez ostatnich 15 lat, a nie o czymś, za co wziąłem się niecały miesiąc temu.
Z tego miejsca pozdrowienia dla wszystkich „sportowcopolityków”:)

Obrazek

Back on track!

Ufff ale ten drobny ból w nodze mnie uziemił. Miesiąc czasu bez biegania, to jak rok w więzieniu. Nie wiem czy to kara, czy zasłużony odpoczynek dla mnie, ale postanowiłem skończyć z tym leniuchowaniem.
Tydzień temu wziąłem udział w sztafecie maratońskiej i moja drużyna zajęła 46 miejsce na 255 ekip – bardzo dobry wynik. Ja po prawie 3 tygodniowej labie pobiegłem 5km poniżej 20 minut – więc całkiem nieźle. No ale spadek formy wyczuwalny, tak jak i nadbagaż widoczny na wskaźniku mojej wagi. Dlatego nie ma na co czekać i brać się do roboty. Tym bardziej, że mam ogromny głód biegania, ale nie takiego pod kątem startu a biegania tylko i wyłącznie dla czystej przyjemności biegania. Póki co nie zamierzam brać udziału w żadnych zawodach, więc biegam rekreacyjnie. Życiówki na ten rok zdobyte, więc nie ma wewnętrznego ciśnienia, pozostaje tylko radość z kolejnych kilometrów!Obrazek

Kontuzja

Od maratonu minęło już ponad dwa tygodnie a ja nadal nic nie robię, w sensie biegowym oczywiście. Nawet Run Keeper się zaniepokoił i przysłał mi wiadomość:) Podczas maratonu musiałem solidnie stłuc sobie chrząstkę w stawie skokowym i początkowo trochę spanikowałem. Na szczęście wizyta u ortopedy, prześwietlenie i diagnoza nieco mnie uspokoiły. Co prawda miało mi przejść po tygodniu a przeszło po dwóch i znów miałem trochę nerwówki. No ale dziś jest już znacznie lepiej i na upartego mógłbym wyskoczyć na jakiś krótki trening, ale powstrzymuje się od tego. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta, każda kontuzja jest wynikiem przekroczenia pewnej bariery wytrzymałościowej, w ten sposób organizm reaguje na jakieś przeciążenie. Nie powiem, przez ostatni rok trenowałem dużo i intensywnie, podczas przygotowań do Orlen Maratonu miałem takie momenty, że mi się nie chciało iść na trening, bo czułem się zmęczony – to były pierwsze objawy nadchodzącej kontuzji. Teraz wiem, że trzeba umieć odpuścić w odpowiednim momencie, lepiej zrobić sobie przerwę na odpoczynek, niż trochę na siłę wychodzić ćwiczyć. Kiedyś ktoś napisał, że trzeba się nauczyć słuchać swojego organizmu – pierwszą lekcję mam za sobą:)
Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Podczas tej przerwy lekarz zalecił mi trochę inną formę treningu – rower lub basen, a najlepiej jedno i drugie. Obydwie aktywności nie obciążają stawów w takim stopniu, jak bieganie. Pływania co prawda nie zaliczyłem, ale przypomniałem sobie, jak świetnym narzędziem treningowym jest rower. Tak więc gdy tylko będę mógł, to wsiadam na mojego dwukołowca i ruszam w teren. Do pływania muszę się jeszcze przekonać. Podchodzę do niego z dystansem, bo jeśli zacznę regularnie wizytować basen, to wtedy już blisko do jednego… Bieganie, Rower, Pływanie – wiecie co to oznacza?:)